Reklama

Siła jest w wartościach

2018-02-07 13:42

Anna Skopińska
Edycja łódzka 6/2018, str. VI

Archiwum
Dorota Puchowicz i jej „walka z wiatrakami” w Domu „Anielisko”

Z Dorotą Puchowicz, prezesem Stowarzyszenia Ewangelizacyjno-Charytatywnego „Mocni w Duchu” prowadzącego Świetlicę i Dom „Anielisko”, rozmawia Anna Skopińska

ANNA SKOPIŃSKA: – Świetlica „Anielisko” i Dom „Anielisko” to 2 niezwykłe miejsca, w których dzieci znajdują swój azyl...

DOROTA PUCHOWICZ: – Świetlica działa od 25 lat. Przychodzą tu dzieci, które w domu mają trudno. Tu znajdują drugi dom, który ratuje je często przed smutnym losem dziecka „placówkowego”. A jaki on jest, wiemy, bo od czterech lat prowadzimy też dom dziecka. I widzimy, jaka jest różnica, gdy dziecko pozbawione jest rodziny. I chociaż ma zaspokojone materialne potrzeby i byt, to nie ma tego najważniejszego – rodziny, ludzi, którzy kochają je bezwarunkowo. Dlatego trzeba robić, co tylko można, by dzieci nie trafiały do domów dziecka.

– Takich dzieci zagrożonych odrzuceniem jest dużo?

– Dużo – i moim zdaniem – jest coraz więcej. Przynajmniej do Świetlicy „Anielisko” przychodzi ich więcej. W tej chwili mamy ok. 50 dzieci, a zazwyczaj było ok. 40. I tak naprawdę ruch jest tu ciągły.

– To znaczy, że rodziny stają się bardziej dysfunkcyjne? Nie ratuje ich 500+?

– To jest już drugie pokolenie, które jest niewydolne i te dysfunkcje się pogłębiają. A ciężko jest w obecnej sytuacji społecznej wyjść z tego dna. Owszem, jeżeli mówimy o 500+, to w wielu rodzinach się poprawiło. Poprawiło się na tyle, że nie przychodzą pożyczać na leki czy na żywność. Ale nadal ludzi nie stać na godne życie, nie stać ich na zajęcia pozalekcyjne dla dzieci, nie stać na wakacje dla dzieci.
Mamy w świetlicy chłopca, który przyszedł tu jako ośmiolatek, bardzo dobrze się rozwija, mama wychowuje go sama i naprawdę jest to porządna rodzina, tylko z racji dysfunkcji samotnego rodzicielstwa – uboga. Chłopak chce rozwijać swoje pasje, trenuje piłkę nożną i pojawiła się kwestia wyjazdu na ferie. Udało się temu zaradzić, bo daliśmy chłopcu stypendium i razem z mamą opłaciliśmy wyjazd. Ale na tym przykładzie widać dużą przepaść materialną między rodzinami. 500+ wyciągnęło ludzi ze skraju nędzy, ale te rodziny nie mają możliwości, by dzieci rozwijały się normalnie i nadal potrzebują wsparcia. Dlatego jest sens takiej placówki. I jest ich moim zdaniem w Łodzi zbyt mało.

– Mówi Pani o świetlicy. A dom? Tu mieszkają dzieci, które mają swoją historię... Trudną....

– Za każdym z nich ciągnie się historia, jakiej nikt z nas dorosłych, żyjących normalnie, nie przeżył – nawet połowy tego, co każde z tych dzieci w takim krótkim życiu, to mogę gwarantować. W świetlicy też mamy dzieci, których historie i domy są trudne. Ale one jednak są w domach. I to nie jest sytuacja dziecka, które jest tego domu pozbawione. W Domu „Anielisko”, ale też w każdym domu dziecka, są dzieciaki, które mają problemy z nawiązywaniem relacji, bo nigdy tych relacji się nie nauczyły. Od początku ich relacja z matką, z ojcem była przynajmniej dysfunkcyjna, o ile w ogóle była...

– Uczycie ich nawiązywania relacji, czy to jest już nie do odrobienia?

– Dzieci wspólnie razem funkcjonują i czynią olbrzymie postępy. Można powiedzieć, że zmieniają się niesamowicie. Pewnie, że z dnia na dzień tego nie widać, ale z roku na rok już tak. Po prostu ten dom stanowi próbę łatania ogromnej dziury, którą gdzieś tam w życiu mają. Staramy się, by jakoś ten dół zasypać i by mogły coś w przyszłości budować. Każde z nich ma problemy, by „zafunkcjonować” w szkole.
W normalnej rodzinie, gdy rodzi się dziecko, np. niepełnosprawne, to człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że trzeba się za nim będzie nachodzić – choćby po lekarzach, po specjalistach. Za tymi dziećmi nie miał kto chodzić. Gdy znajdują się w placówce, to też jest chodzenie, cały czas. I jak za swoim. Są takie decyzje, które człowiek musi podjąć. Wie, że żaden urząd czy żadna dotacja tego nie pokryje, ale trzeba się zdecydować na terapię czy na prywatną wizytę u lekarza. Smutne jest tylko to, że za tymi dziećmi nie chodzi nikt. Do tego dochodzi też ogromna bezwładność urzędów, której bynajmniej nie próbuje się zmniejszać. Dlaczego? A kto się upomni za takim dzieckiem?

– Na czym polega ta bezwładność?

– Wszystko trwa. Aktualnie jest np. problem z finansowaniem. Miasto do tej pory złotówki nie przekazało na finansowanie żadnej z tych placówek. Nikt się nie zainteresował czy dzieci mają co jeść, czy w ogóle coś jadły. To wszystko trwa. Podpisywanie umowy – półtora miesiąca do finansowania. Gdyby nie darowizny i ludzie dobrej woli...

– Brak serca?

– Ale kto ma mieć to serce? To jest system. To przekładanie papierów z kąta w kąt. Rok w rok na początku roku jest jakiś problem. I to nie tylko finanse. To też sprawy dzieci. Po interwencji dziecko jest zabierane i umieszczane w pogotowiu opiekuńczym. Zanim rozpocznie się rozprawa i postanowią, czy wraca do domu czy zostaje w placówce – i w jakiej – to są dni, tygodnie. I to dziecko jest w zawieszeniu.

– Ale to dziecko ma też uczucia...

– O tym się w ogóle nie myśli. Tak naprawdę zadaniem świetlicy jest zapobieganie temu, by dzieci trafiały do jakiś placówek. Ale w momencie gdy takie nieszczęście się zdarzy, staramy się być i towarzyszyć. I też nie jest to proste. Bo robimy za oszołomów, którzy się upominają.

– Zapobieganie to też praca i zajęcia z rodzicami?

– Ludzie nabierają zaufania, jeżeli przyprowadzają tu swoje dzieci i dzieciom nie dzieje się krzywda. Nie jesteśmy też tacy, by im się za bardzo w życie wtrącać. Owszem, jest pracownik socjalny, który zagląda do domu, sprawdza, jakie są warunki, ale on się umawia. Dlatego ludzie się ośmielają, przychodzą, mówią o swoich problemach. Oni nie pójdą do żadnych instytucji dalej, bo tam po prostu zwyczajnie wstyd jest o tym wszystkim powiedzieć.
W tej chwili mamy warsztaty dla mam i będą też takie, które pomogą rodzicom odrabiać z dziećmi lekcje, uczymy ich jak spędzać wolny czas, na weekendy pożyczamy gry planszowe. Oni muszą i starają się pewnych rzeczy nauczyć.

– Czego brakuje tym dzieciom?

– Choć dużo mają, to na pewno brakuje im stabilnej rodziny. I to wszystko. Jednym brakuje bardziej, innym mniej. To jest problem społeczny – za mało inwestuje się w rodziny, mało o nie dba. A jak nie ma normalnych rodzin, to pojawiają się rodziny dysfunkcyjne.

– Jak patrzy Pani na rodziny świetlicowe, na dzieciaki, łatwo stać się taką rodziną?

– Wystarczą przypadkowe związki. Kilkoro dzieci i każde ma innego ojca. Potem kobieta zostaje sama, wielokrotnie poraniona. A zaczynało się niewinnie. A tendencja do tego, że nie założę rodziny i będę żyć bez ślubu – jest. Nasi wychowankowie to kontynuują. Oni nie rozumieją – co to jest rodzina. Pamiętam naszego wychowanka, który jako 10-latek nie mógł zrozumieć, dlaczego ja i mój brat mamy to same nazwisko...

– Poświęciła Pani kawał swojego życia temu miejscu. Co daje Pani ta praca?

– Chyba wszystko. Na pewno taki pokój wewnętrzny. Bo choć jest dużo nerwów, szarpania się, to jest we mnie spokój i zadowolenie. Owszem, człowiek się naszarpie, ale jak czasem wejdzie i zobaczy te dzieciaki, to jak one się zmieniają... Tego nie da się ani przeliczyć, ani opowiedzieć. To jest po prostu poczucie, że widać, że dzieje się coś dobrego. I niby mam z tym wiele wspólnego, ale też wiem, że ode mnie niewiele zależy. Człowiek jakoś tam przykłada rękę do tego trybika, ale to jest sterowane wyżej i dużo lepiej, niżbym sobie nawet wymarzyła. I zdarzają się sytuacje, i pisane są scenariusze, które rozgrywane są gdzieś poza nami.

– A co jest fenomenem tego miejsca?

– Dzieciaki tu nie bluźnią, choć nie zagwarantuję, że na ulicy nie będą. W szkołach mają różnie, często doświadczają braku akceptacji, ale tu akceptuje się każdego. Uczą się szacunku do siebie nawzajem i przyjęcia takim, jakim się jest. Ale niewątpliwie siła tego miejsca tkwi wyłącznie w wartościach. Bo na to, co te dzieciaki w życiu wybiorą, nie mamy wpływu, ale to, co w nich zaszczepimy, zostanie. My im nic nie możemy dać. To, że dostaną jeść, pojadą na kolonie, dostaną fajne paczki na święta, to są wszystko przemijające drobiazgi.

– Oprócz 1 proc., co wam jeszcze potrzeba?

– Potrzebne jest pamiętanie o nas. Także – a może przede wszystkim – w modlitwie. Bo te piękne scenariusze, które pisze życie w świetlicy i w domu, to jest to, że ktoś się za nas modli, że komuś zadrga serce czy o nas usłyszy.

Tagi:
wywiad stowarzyszenie stowarzyszenie

Reklama

Abp Wojda: Ludzie świeccy są Kościołem

2019-03-19 10:50

Marcin Przeciszewski / Białystok (KAI)

- W Polsce stopniowo dojrzewa świadomość, że ludzie świeccy nie tylko „należą do Kościoła”, ale „są Kościołem”. Zmiana świadomości musi się dokonać zarówno wśród kapłanów, osób konsekrowanych jak i ludzi świeckich – mówi w wywiadzie dla KAI abp Tadeusz Wojda SAC, metropolita białostocki. Dodaje, że „pogłębiona tożsamość świeckich powinna być jednym z głównych priorytetów duszpasterskich Kościoła w Polsce”. Zdaniem abp. Wojdy ludzie świeccy stanowią w Kościele w Polsce „ogromny potencjał ale wciąż nieco uśpiony”.

Archiwum
Abp Tadeusz Wojda

Marcin Przeciszewski, KAI: Ksiądz Arcybiskup podkreśla często rolę świeckich. Jak należy ją zdefiniować dziś? Co – generalnie – w Polsce jest w tym zakresie do zrobienia?

Abp Tadeusz Wojda SAC: W Polsce stopniowo dojrzewa świadomość, że ludzie świeccy nie tylko „należą do Kościoła” ale „są Kościołem”. Wskazał na to Sobór Watykański II. Zmiana świadomości musi się dokonać zarówno wśród kapłanów, osób konsekrowanych jak i u ludzi świeckich.
Niedocenienie świeckich jest u nas jednym z elementów dziedzictwa komunizmu, kiedy zamykano się na świeckich, bo wszędzie mogli być donosiciele. Jest to mentalność, która mocno zaważyła na polskim społeczeństwie i niestety wciąż jeszcze pokutuje w Kościele. Miejmy nadzieję, że młodsze pokolenia, wychowane w innym duchu, rozumieją to inaczej.
Trzeba zadbać o znacznie lepszą współpracę miedzy duchownymi a świeckimi. Z pewnością potrzebujemy większego zaangażowania świeckich, ale z zachowaniem złotego środka, aby nie doszło do tego co stało się na Zachodzie, zawłaszcza w krajach języka niemieckiego. Dokonał się tam niezdrowy proces „klerykalizacji świeckich” i „zeświecczenia kleru”. Świeccy przejęli w Kościele właściwie wszystko, a z kolei księża starają się maksymalnie dostosować do „świeckiego” życia, zapominając o swoim duchowym autorytecie. Dla mnie np. nie do przyjęcia jest, aby np. osoba świecka decydowała kiedy ksiądz może odprawić w kościele Mszę św., a kiedy nie. Jest to związane z mentalnością: „my i wy”, która jest błędna, gdyż powinna zakładać harmonijną współpracę.

- W jednym z wywiadów Ksiądz Arcybiskup nazwał białostocką wspólnotę archidiecezjalną „gigantem duchowym, ale nieco uśpionym”. Jak więc można scharakteryzować bliżej tego „giganta” i co należałoby zrobić, aby go ożywić, dodać nowego zapału apostolskiego?

- Mówiąc o „gigancie duchowym” miałem na myśli przede wszystkim różne ruchy świeckich jakie są obecne w naszej archidiecezji. A jest ich wiele i skupiają ponad 7, 5 tys. osób. Największe z nich to Ruch Przyjaciół Oblubieńca, skupiający ok. 3 tys. młodych, Grupy Nowej Ewangelizacji, Ruch Kobiet w Modlitwie, Communione e liberazione, grupy charyzmatyczne, Drogę Neokatechumenalną czy nowy ruch jaki przybył z Włoch „Glorioza Trynita”. Jest też wiele Kół Różańcowych.
Jest to ogromny potencjał ale wciąż nieco uśpiony. Pomimo, że wspólnoty te dużo robią i podejmują różne działania, działają gdzieś na uboczu. Trzeba je inspirować, by przeszły od misji „ad intra” do misji „ad extra”. Bardzo mocno mówi o tym papież Franciszek. Niedawno utworzyliśmy diecezjalną platformę ruchów. Ma ona na celu programowanie wspólnych działań.
Widzę, że potrzeba nam „nowego zesłania Ducha Świętego”, abyśmy mogli zacząć działać znacznie szerzej. I to w tej chwili przygotowujemy. Powstała idea, aby było to czuwanie przed tegoroczną uroczystością Zesłania Ducha Świętego w Białymstoku. Zbierzemy się przed katedrą, aby zamanifestować tę siłę duchową i aby pokazać, że Kościół jest mocny.
Drugą inicjatywą jaką podjęliśmy, jest włączenie ruchów i wspólnot w trzeci rok katechizacji związanej z bierzmowaniem, aby przez tę katechizację pokazać charyzmaty będące owocem Ducha Świętego. Pozwalają one na przeżywanie wiary w głębszy sposób - nawet odmienny od tradycyjnych form, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni.
Trzecią są programy formacyjne i informacyjne realizowane poprzez media. Każdy z ruchów będzie miał możliwość przedstawienia na antenie białostockiego radia diecezjalnego swojej działalności i charyzmatu. Organizują one np. bardzo dużo rekolekcji. Niech więc to idzie w eter!

- Jest jeszcze kolejny wymiar misji świeckich, czyli odpowiedzialność za życie społeczne. Jak to Ksiądz widzi?

- To bardzo istotny wymiar. Konieczne jest takie kształtowanie świadomości świeckich, by czuli się odpowiedzialni za życie społeczne. A przestrzenie do działania oraz ewangelizacji są ogromne: sfera kultury, nauki, edukacji, nie wyłączając gospodarki czy polityki. A w pierwszym rzędzie odpowiedzialność za rodzinę i za przekaz wiary w domu.
Mimo, że jest duże grono katolików świadomych swego chrześcijańskiego powołania, to jest równie wielu, którzy łatwo od Kościoła się oddalają, przyjmując inny sposób myślenia. Wskazuje to na brak pogłębionej tożsamości katolików świeckich. Trzeba nad tym pracować. Pogłębiona tożsamość świeckich powinna być jednym z głównych priorytetów duszpasterskich Kościoła w Polsce.

- Ksiądz Arcybiskup spędził 27 lat w Kongregacji Ewangelizacji Narodów Stolicy Apostolskiej. Jak z tej perspektywy prezentuje się Kościół w Polsce, nasza religijność? Jakie są jej mocne, a jakie słabe punkty?

- Mimo dostrzegalnych tu i ówdzie sytuacji kryzysowych, Kościół w Polsce prezentuje się dość dobrze. Ma silne struktury apostolskie. Wśród plusów wymieniłbym dużą ilość parafii i licznych kapłanów. Parafie nie są zbyt rozlegle, co sprzyja współpracy z wiernymi. Kolejnym plusem jest katechizacja w szkołach. Choć niektórzy mówią, że poprzez wprowadzenie katechizacji do szkół wyprowadziliśmy młodzież z kościołów, jednak daje to możliwość poznania wiary wszystkim, a nie tylko tej części, która chodziłaby do kościoła.
Istotna jest też formacja wiernych poprzez rekolekcje parafialne. Nigdzie w Europie nie uczestniczy w nich tak duży procent jak w Polsce. Są one okazją do pogłębienia wiary oraz więzi z Kościołem.
Nie można też zapominać o ważnej przestrzeni jaką jest sakrament pojednania. Trzeba dziękować Bogu, że wierzący mają u nas poczucie grzechu i wrażliwe sumienie, dlatego przystępują do sakramentu spowiedzi, aby oczyścić z grzechów, pojednać z Bogiem i podjąć drogę wzrostu duchowego. Czyż to nie jest wspaniała forma odnowy wiary?

- A jak Ksiądz Arcybiskup widzi przyszłość? Czeka nas scenariusz sekularyzacji znany z Europy zachodniej czy pójdziemy własną drogą?

- Nie grozi nam scenariusz Europy zachodniej. Zachód miał olbrzymi problem ze zrozumieniem Soboru Watykańskiego II, co skutkowało rewolucyjnym, mało przemyślanym wprowadzaniem reform. Spowodowało to pustoszenie kościołów. U nas, dzięki mądrości kard. Stefana Wyszyńskiego, reformy soborowe wprowadzane były znacznie wolniej, o wiele lepiej je przygotowując. Dlatego Sobór znacznie lepiej potrafiliśmy zaadoptować do kościelnej rzeczywistości.
Oczywiście, proces sekularyzacji będzie się i u nas pogłębiał. Należymy do kultury Zachodu i podlegamy jego wpływom. Nie obawiałbym się jednak aż takiego dramatu. W Polsce wiara znacznie silniej jest wpisana w kulturę, tradycję i codzienny obyczaj. I to pozostanie, gdyż tej tradycji tak łatwo się nie wyrzekniemy.
Sytuacja religijna w Polsce jest solą dla wielu ośrodków zagranicznych, a nawet dla instytucji międzynarodowych. Wywierana jest ogromna presja, żeby ograniczyć wpływy Kościoła, w tym na osobiste i indywidualne życie ludzi. Ale mam nadzieję, że społeczeństwo polskie jest na tyle dojrzałe, że potrafi się obronić.

- Co z cudem eucharystycznym w Sokółce? Czy i kiedy możemy spodziewać się zatwierdzenia go przez Stolicę Apostolską?

- Kult jest żywy i wciąż się rozwija. Był to znak nadzwyczajny. Przybywa coraz więcej pielgrzymek, nawet zza granicy: z Litwy, Łotwy, Białorusi czy nawet z Azji. W ub. r. obchodziliśmy 10-rocznicę tych wydarzeń. W całej archidiecezji miała miejsce nowenna. W pierwszą niedzielę miesiąca były głoszone homilie nt. Eucharystii, a po nich adoracja. Do Sokółki przyjeżdża coraz więcej pielgrzymek grup dzieci komunijnych. Dawniej jeździli oni do Częstochowy, a teraz do Sokółki. W Sokółce odbywają się też archidiecezjalne Dni Kapłańskie.
Jeśli chodzi o sam cud, w ubiegłym roku byłem w Kongregacji Nauki Wiary, aby zapytać na jakim etapie jest studium dokumentu, zawierającego naszą prośbę o jego uznanie. Kongregacja jest otwarta, zapoznała się z dokumentami i prosi o dosłanie kolejnych. W tej chwili przygotowuję dokumentację, którą niebawem prześlę do Watykanu.
A czy Stolica Apostolska potwierdzi czy nie potwierdzi cud - nie jest to aż takie ważne. Kościół jest bardzo ostrożny w przypadku nadzwyczajnych wydarzeń. A czekanie na orzeczenie Stolicy Apostolskiej jest czasem dojrzewania i szerzenia się kultu. Ma to swoją wartość i z tego się cieszymy. Tak samo było z różnymi objawieniami Matki Bożej, a niektóre dotąd nie zostały uznane np. w Medjugoriu.

- Archidiecezja Białostocka wywodzi się z metropolii wileńskiej. Jak dziś przedstawia się współpraca z obecną archidiecezją wileńską na Litwie, na ile te więzi są podtrzymywane, czy można mówić o wzajemnej wymianie duchowych darów czy doświadczeń duszpasterskich?

- Nie traktujemy tego jako zamkniętej historii. Po wojnie osiadł tutaj metropolita wileński abp Romuald Jałbrzykowski, przyjechali profesorowie seminarium duchownego, z ks. Michałem Sopoćką. Wszyscy długo żyli wileńską tradycją. Byli przekonani, że są tu czasowo i wrócą do Wilna. Nie było wtedy możliwości kontaktów, aczkolwiek nasi księża jeździli z podziemnymi wykładami. To pokolenie już odeszło, a dla młodych związek z Wilnem ma o wiele mniejsze znaczenie.
Dziś jednak – jako znak tej tradycji - podczas ingresu metropolita białostocki otrzymuje pastorał wileński. Łączy nas Matka Boża Ostrobramska, której kult silnie tu się rozwija. Łączy nas św. Kazimierz, patron Litwy oraz patron metropolii białostockiej. 4 marca obchodzimy corocznie wielkie uroczystości ku czci św. Kazimierza.
W wolnej Polsce nawiązywane są na nowo relacje z archidiecezją wileńską. Abp Gintaras Grušas zaprosił mnie w 2017 r., bym przewodniczył uroczystościom Matki Bożej Ostrobramskiej w Wilnie. Całkiem niedawno mieliśmy spotkanie z formatorami z seminarium w Wilnie. Kiedyś była między naszymi diecezjami wymiana kleryków. Na nowo chcemy ją podjąć. Pragniemy, żeby te relacje były dobre. Ze strony archidiecezji wileńskiej widzimy to samo. Kilka tysięcy pielgrzymów z naszej diecezji pojechało we wrześniu ub. r. na spotkanie z papieżem Franciszkiem w Wilnie i Kownie.

- 15 procent wiernych archidiecezji apostolskiej należy do Kościoła Prawosławnego. Jak wygląda współpraca ekumeniczna?

- Prawosławnych jest ok. 12 proc. Duża ich społeczność zamieszkuje w Białymstoku, ok. 40 tys. Wioski, zwłaszcza wzdłuż granicy wschodniej, wyludniają się, a młodzież przenosi się tutaj. Są wioski, które zamieszkuje kilka lub nawet jedna osoba, a większość domów to pustostany.
Nasze relacje z Kościołem prawosławnym są dobre. Mamy wiele wspólnych inicjatyw, poczynając od Tygodnia Modlitw o Jedność Kościoła. Jestem wtedy na nabożeństwie w cerkwi i głoszę Słowo Boże, a abp Jakub przyjeżdża na Mszę św. do nas i też je głosi. W ramach Tygodnia są panele dyskusyjne z udziałem przedstawicieli Kościoła prawosławnego czy protestanckiego. Wiele jest też wspólnych, bardziej spontanicznych spotkań z okazji opłatka. Składamy sobie życzenia w środowiskach mieszanych wyznaniowo, a obaj biskupi (katolicki i prawosławny) są zapraszani. Organizowane są wspólne koncerty kolęd. Są też wspólne akcje charytatywne katolickiej Caritas i prawosławnej Eleos, np. Wigilijna Świeca.
Z abp Jakubem spotykamy się często także przy innych okazjach. A kiedy wizytuję nasze katolickie parafie, to przychodzą tam także wierni z Kościoła prawosławnego.

- Wciąż modlimy się o jedność Kościoła. Czy jest szansa, aby te modlitwy zostały wysłuchane?

- Wszystko zależy od tego, co rozumiemy przez jedność. Jedność wszystkich chrześcijan gwarantuje chrzest. To jest fundament. Natomiast trudno będzie osiągnąć pełną jedność w sferze doktrynalnej. Choć z Kościołem prawosławnym dzieli nas niewiele, to nie uznają oni dogmatów przyjętych przez nasz Kościół po schizmie z 1054 r.. Wciąż dzieli nas rozumienie roli papieża. Prawosławni uznają jego honorowy prymat, ale nie jest akceptowana papieska władza. Jeśli chodzi o inne działania, to dużym krokiem byłby wspólny kalendarz, ale jak widać nie jest to łatwe.

- A co stoi na przeszkodzie ustanowieniu wspólnoty eucharystycznej z Kościołem prawosławnym?

- W prawosławiu Eucharystia rozumiana jest jako realna obecność Chrystusa tylko w momencie jej sprawowania. Nie ma natomiast możliwości przechowywania Najświętszego Sakramentu czy kultu eucharystycznego. Mimo to, dla katolika, tam gdzie nie ma Eucharystii katolickiej, uczestnictwo we Mszy św. w liturgii wschodniej jest ważne.
Trzeba wspomnieć o słynnej deklaracji papieża Benedykta XVI, że prawosławni są „naszymi braćmi w wierze”. Jeśli teolodzy z obu Kościołów wypracują jakieś status quo, to może się okazać, że do tej jedności jest bardzo blisko. A pracuje nad tym Międzynarodowa Komisja Mieszana do Dialogu Teologicznego między Kościołem katolickim a Kościołem prawosławnym, istniejąca od 1980 r.
Na razie możemy budować jedność między naszymi Kościołami na poziomie „dialogu życia”, a otaczającemu światu nieść wspólne świadectwo Ewangelii. Nie jesteśmy na siebie zamknięci jak przed 20 czy 30 laty, mamy do siebie większe zaufanie.

- Pomówmy o sytuacji w Polsce. Boleśnie odczuliśmy zabójstwo prezydenta Adamowicza. Jest to też pewna lekcja. Jak powinniśmy ją odczytać?

- Zabójstwo należy bezwzględnie potępić. Chciałbym wierzyć, że dokonał tego człowiek chory psychicznie. Ale ma to podłoże w otaczającej rzeczywistości. Na osoby chore psychicznie silnie oddziaływuje atmosfera pełna agresji.
Ten ogromny podział, który dokonał się w Polsce jest czymś niesamowitym. Niestety wciąż się pogłębia. Niedopuszczalny jest język używany w mediach a także wśród polityków. Jeśli się manipuluje ludźmi, to później zbiera się gorzkie tego owoce. I to jest rzecz straszna.

- Ale politycy to w większości ludzie Kościoła, przyznający się do wiary…

- Już to ktoś powiedział: „Krew nie jest wodą, krew się zawsze burzy”. Ten podział przenika do coraz szerszych kręgów, także do Kościoła i jego wiernych. Wiara często nie jest na tyle ugruntowana, żeby się temu oprzeć. Jeśli nie jest stale ożywiana, schodzi wtedy na drugi plan. Ostrzeżeniem powinno być to, co się dokonało nie tylko w Gdańsku, ale i w Rwandzie w 2004 r. , czy w ostatnich dziesięcioleciach na Bałkanach. Przepaść budowana pomiędzy różnymi grupami społecznymi tak się może kończyć.

- Ksiądz Arcybiskup jest członkiem Kościelnej Komisji Konkordatowej. Niebawem będziemy obchodzić 30-lecie suwerennej Rzeczypospolitej. Konkordatowy model autonomii i współpracy Kościoła i państwa jaki został zbudowany w Polsce, jest chyba jednym z najciekawszych w Europie. Tymczasem coraz głośniej brzmią głosy tych polityków, którzy domagają się wypowiedzenia Konkordatu?

- Wpisuje się to w program osłabienia Kościoła w Polsce: jego wpływów i autorytetu. A tymczasem polski konkordat jest jednym z najlepszych. Oparty został na nowoczesnej zasadzie przyjaznego rozdziału między Kościołem a państwem. Kościół nie miesza się do spraw politycznych, a państwo szanuje autonomię misji jaką pełni Kościół oraz zasadę wolności religijnej. Wierni mogą dawać świadectwo swej wierze także poza murami kościelnymi, w przestrzeni życia publicznego.
Nic dziwnego, że koła lewicy – polskiej i międzynarodowej - robią wszystko, aby porządek ten zburzyć. A Polska może na tym tylko stracić, gdyż zawsze była postrzegana jako państwo o wielkiej tolerancji. Wypowiedzenie konkordatu pogorszyłoby nie tylko wewnętrzną sytuację w Polsce, ale i jej wizerunek za granicą.

- Dziękuję za rozmowę.

- Marcin Przeciszewski
*** Tadeusz Wojda urodził się 29 stycznia 1957 r. w Kowali na Kielecczyźnie jako czwarte dziecko Władysława i Anieli z domu Pietrzyk. Młodszy jego brat jest księdzem, tak jak on w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego (Pallotyni), zaś starsza siostra jest w Zgromadzeniu Sióstr Elżbietanek Cieszyńskich.
W latach 1964-1972 uczęszczał do szkoły podstawowej w Kowali, a w latach 1972-1976 do liceum ogólnokształcącego. W 1976 r. wstąpił do Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego (Pallotynów). W latach 1977-1983 odbył studia z filozofii i teologii w Wyższym Seminarium Duchownym Stowarzyszenia w Ołtarzewie k. Warszawy, a jednocześnie w latach 1980-1983 studia z teologii fundamentalnej na Akademii Teologii Katolickiej. 8 maja 1983 r. przyjął święcenia kapłańskie.
W maju 1984 r. decyzją Rady Prowincjalnej, został skierowany na studia misjologii do Rzymu na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim, które ukończył doktoratem z misjologii w 1989 r.
Od 2 stycznia 1990 r. ks. Wojda rozpoczął pracę w Papieskim Dziele Rozkrzewiania Wiary i w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. Od 12 grudnia 2007 r. pełnił funkcję kierownika biura w Kongregacji ds. Ewangelizacji Narodów. 24 lipca 2012 r. został mianowany podsekretarzem w Kongregacji. Ponadto od 1991 r. był kapelanem Wspólnoty Sióstr Boromeuszek w Rzymie, a od 1996 r. kapelanem Centrum Edukacji fizycznej dla niepełnosprawnych Czerwonego Krzyża Włoskiego. Jest też autorem licznych artykułów i rozpraw naukowych z zakresu misjologii.
12 kwietnia 2017 r. Ojciec Święty Franciszek mianował go arcybiskupem metropolitą białostockim. Święcenia biskupie ks. Tadeusz Wojda przyjął 10 czerwca 2017 r. Udzielił ich prefekt Kongregacji Ewangelizacji Narodów i Krzewienia Wiary kard. Fernando Filoni. Wspókonsekratorami byli abp Edward Ozorowski oraz abp Henryk Hoser. Podczas tej uroczystości odbył się ingres nowego Arcybiskupa Metropolity do archikatedry białostockiej.
Mottem posługi biskupiej abp. Tadeusza Wojdy są słowa z Ewangelii wg św. Marka 13,10 „Oportet praedicari Evangelium” (Aby była głoszona Ewangelia).
Abp Wojda jest członkiem Kościelnej Komisji Konkordatowej oraz komisji misyjnej Konferencji Episkopatu Polski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież nie przyjął dymisji kard. Barbarina

2019-03-19 17:09

pb (KAI) / Watykan

Papież Franciszek nie przyjął dymisji złożonej 18 marca przez kard. Philippe’a Barbarina. Poinformował o tym tymczasowy dyrektor Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej Alessandro Gisotti. Arcybiskup Lyonu i prymas Galii został 7 marca skazany na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu za niedoniesienie o wykorzystywaniu seksualnym małoletnich, jakiego dopuścił się jeden z księży jego archidiecezji. Jego adwokaci złożyli apelację od wyroku.

Grzegorz Gałązka

Gisotti dodał, że „świadom trudności, jakie obecnie przeżywa archidiecezja [lyońska - KAI], Ojciec Święty nie przyjął jego dymisji, ale pozostawił kard. Barbarinowi swobodę w podjęciu decyzji jak najlepszej dla diecezji”. Prymas Galii „postanowił na pewien czas usunąć się i poprosić ks. Yves’a Baumgartena, wikariusza generalnego, o podjęcie się kierowania diecezją”.

Jednocześnie Gisotti potwierdził bliskość Stolicy Apostolskiej „wobec ofiar wykorzystywania, wiernych archidiecezji liońskiej i całego Kościoła we Francji, którzy przeżywają szczególnie bolesną chwilę”.

Oskarżycielami kardynała było 10 ofiar ks. Bernarda Preynata, który dopuścił się przestępczych czynów w latach 1986-91. Pracując w parafii w Sainte-Foy-lès-Lyon, miał obmacywać małoletnich skautów i zmuszać ich do seksu oralnego.

Zdając sobie sprawę z bardzo poważnych oskarżeń kierowanych pod adresem tego duchownego, kard. Barbarin od początku przypominał, że w okresie, gdy doszło do tych czynów, nie był arcybiskupem Lyonu (został nim w 2002 r.) i nie krył żadnego przypadku pedofilii.

Dopiero w 2007/2008 został poinformowany o przeszłości kapłana, którego działaniami sprzed 1991 r. zajmowali się jego trzej poprzednicy. Przekonany, że „duchowny zerwał ze swą przeszłością”, kard. Barbarin potwierdził ks. Preynata w funkcji, jaką pełnił z nominacji poprzednich arcybiskupów Lyonu. Dopiero dzięki stowarzyszeniu ofiar „La Parole libérée” hierarcha uświadomił sobie, że zarzucane duchownemu czyny są „poważniejsze niż wydawało się w 2007/2008 roku”. Jednak „żaden fakt, o którym wiemy, nie jest późniejszy niż z 1991 roku”.

W 2014 r. kardynał po raz pierwszy otrzymał bezpośrednie świadectwo jednej z ofiar i - po zasięgnięciu opinii Kongregacji Nauki Wiary - w 2015 r. zawiesił duchownego w obowiązkach proboszcza. Stało się to jeszcze, zanim jedna z ofiar molestowania złożyła doniesienie do prokuratury, do czego zresztą zachęcał sam prymas Galii.

Choć pierwsze dochodzenie zakończyło się 1 sierpnia 2016 r. jego umorzeniem bez nadawania sprawie dalszego biegu, to jednocześnie prowadzono drugie śledztwo z powodu doniesienia złożonego w lutym ub.r. przez „urzędnika wysokiego szczebla” z ministerstwa spraw wewnętrznych. Zakończyło się ono w grudniu 2016 r. Kard. Barbarin wyraził wówczas radość z faktu, że wymiar sprawiedliwości „wprowadził nieco prawdy i pokoju po zażartych i niekiedy oszczerczych polemikach”.

Ponowne umorzenie dochodzenia przez prokuraturę nie zakończyło jednak sprawy. Po niepomyślnej dla siebie decyzji z sierpnia 2016 r., w maja 2017 r. stowarzyszenie „La Parole libérée” skierowało ją bowiem do sądu poprawczego w Lyonie [sądzącego wykroczenia, a nie przestępstwa - KAI]. Archidiecezja wyraziła wówczas ubolewanie z powodu „zawziętości, która obrała niewłaściwy cel” i że „przedłożono nowe kroki prawne nad dialog, który kilkakrotnie proponowały władze diecezjalne”.

7 marca prymas Galii został przez sąd uznany winnym i skazany na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu. Zarówno adwokaci kardynała, jak i prokuratura w Lyonie, która nie domagała się dla niego żadnej kary, złożyli apelację od wyroku. Według agencji AFP, wyrokiem skazującym były zaskoczone nawet ofiary ks. Preynata.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zielona Góra: Uroczystości odpustowe ku czci św. Józefa

2019-03-19 23:01

Kamil Krasowski

Obraz św. Józefa z sanktuarium w Kaliszu przybył dzisiaj do parafii św. Józefa w Zielonej Górze. Uroczystej Mszy św. odpustowej w kościele parafialnym przewodniczył biskup senior diecezji kaliskiej Stanisław Napierała.

Karolina Krasowska
Obraz przybył do zielonogórskiej parafii św. Józefa

Uroczystości w kościele św. Józefa w Zielonej Górze rozpoczęły się od ceremonii powitania obrazu, który przybył do naszej diecezji z sanktuarium w Kaliszu. Obraz powitali parafianie - małżeństwo Aleksandry i Mikołaja Skalskich. - W ten uroczysty dzień naszego święta parafialnego stajemy przed Tobą, Boże wraz z naszym patronem św. Józefem. I z tym większą radością i wdzięcznością, że jest tu z nami obraz z Narodowego Sanktuarium św. Józefa Kaliskiego. Dziękujemy, że dałeś nam ten szczególny czas łaski i mocno wierzymy, że w tym czasie będziemy mogli wyjednać łaski dla naszych rodzin, parafii i wszystkich, którzy tu przyszli - mówił Mikołaj Skalski, witając obraz. - Święty Józefie, bądź naszym przewodnikiem na trudnych i krętych ścieżkach życia, prowadź nas prostą drogą do Jezusa i Maryi. Uproś nam łaskę czystej, bezinteresownej miłości do wszystkich, których spotykamy na naszych życiowych drogach, abyśmy zapatrzeni w przykład Twojego świętego życia starali się być szlachetni, prawi i zdolni do poświęceń.

Zobacz zdjęcia: Peregrynacja obrazu św. Józefa w Zielonej Górze. Uroczystości odpustowe ku czci św. Józefa Oblubieńca

Powitania obrazu dokonał także gospodarz wspólnoty ks. kan. Leszek Kazimierczak, proboszcz parafii św. Józefa w Zielonej Górze.

Mszy św. przewodniczył i homilię wygłosił bp Stanisław Napierała, biskup senior diecezji kaliskiej, który opowiedział uczestnikom Liturgii o motywach powstania obrazu św. Józefa Kaliskiego, jego peregrynacji po diecezjach w Polsce i o znaczeniu tego, co autor umieścił na płótnie.

Po zakończonej Eucharystii odbył się blok ewangelizacyjno-modlitewny dla mężczyzn i młodzieńców pt. "Milczeć. Walczyć. Kochać". Drugiego dnia peregrynacji 20 marca będzie można nawiedzać obraz w kościele w godzinach od 8 do 15. Po Koronce do Bożego Miłosierdzia odbędzie się jego pożegnanie. Obraz uda się do kolejnej parafii - św. Jadwigi Śląskiej w Krośnie Odrzańskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem