Reklama

Kłopot nie oznacza braku miłości

2018-05-16 11:24


Edycja łódzka 20/2018, str. III

Kamil Gregorczyk

Z s. Marią Pioskowik, salezjanką i dyrektorem Zespołu Opiekuńczo-Wychowawczego „Ochronka Bałucka”, rozmawia Anna Skopińska

Anna Skopińska: – Od wielu lat prowadzi Siostra ZOW „Ochronka Bałucka”, ma do czynienia z wieloma rodzinami, sytuacjami, które uczą pewnie życia – jeszcze do niedawna mówiło się o zabieraniu dzieci z rodzin, teraz już ten temat przycichł. Czy to oznacza, że pomoc społeczna faktycznie wspiera rodzinę?

S. Maria Pioskowik: – To szkoła mogłaby powiedzieć, w jakim stopniu pomoc społeczna towarzysząca rodzinie wspiera faktycznie tę rodzinę biologiczną. Przypuśćmy, że ma pani kilkoro dzieci i ma pani z nimi kłopoty. Bo przecież cudów nie ma – w każdym wychowaniu jest dużo miłości, ale miłość nie przeszkadza temu, by był kłopot, ani kłopot nie oznacza braku miłości. Wiadomo, że z jednym dzieckiem mogą być mniejsze, a z innym większe trudności.
W zwyczajnej, przyzwoitej rodzinie – mam tu na myśli jakiś standard życia i standard inteligencji – jeśli są wszystkie pozytywne wzorce w tej rodzinie: rodzice pracują, mają autorytet, dzieci są pod ich opieką, ale traktowane z wolnością i szacunkiem, to wiadomo, że w stosunku do jednego dziecka rodzicom wystarczy ich mądrość i ich miłość, i towarzyszenie w postaci dziadków, sąsiadów, kolegów czy przyjaciół, a innemu dziecku w tej standardowej, przyzwoitej rodzinie to nie wystarczy. Musi być jeszcze ktoś fachowy, kto będzie nim kierował: czy to w zachowaniu, czy podejściu do obowiązków, jakie ma dziecko, czyli do nauki.

– I tu wtedy powinna pojawić się ta interwencja z zewnątrz?


– Biorąc pod uwagę liczbę dzieci na stale przebywających w ZOW „Ochronka Bałucka” – 14 i to, że mimo, iż wspieramy się świeckimi pracownikami, przez 24 godziny na dobę jako siostry jesteśmy z tymi dziećmi – stanowimy taką większą rodzinę. Jednak zdajemy sobie sprawę, że przy niektórych dzieciach współpraca z wychowawcą ze szkoły, współpraca z pedagogiem ze szkoły czy z psychologiem daje pozytywne efekty. Bo daje nam to nieraz pewne nowe światło. Oni widzą to dziecko w innych warunkach, niż tylko domowych, tak jak my je widzimy. I są na pewno takie rzeczy, które dzieci powiedzą o sobie poza tym domem.
Do placówek, czy to instytucjonalnych czy rodzinnych, trafiają dzieci, których rodzina jest mało wydolna wychowawczo. Często z powodu nałogów. Może to być jakiś brak zdolności w zawiązywaniu więzi czy też inne wypaczenia, a już najbardziej, gdy w rodzinie występuje przemoc. Jakakolwiek.

– To takie dzieci z rysą?


– Z trudem osiąga się pozytywne efekty psychologiczne u dzieci, które są po przemocy. Choć przecież przechodzą różne terapie – w ramach rodziny biologicznej, którą się ratuje, czy też gdy są w pogotowiu opiekuńczym, zanim trafią do placówki. Także tu mają psychologa, korzystają też z terapii z zewnątrz. Przyznam, że najczęściej takie dzieci, jeśli przejdą dwie terapie, to opierają się już następnym. I ta rysa pozostaje. Choć to nie znaczy, że ten tata, który mnie bił, kopał, zamykał w szafce pod zlewem, nie będzie miał przebaczone. Po dwóch, trzech latach pobytu w placówce dziecko już nie pamięta albo nie chce pamiętać, co tata mu zrobił.
To magiczne słowo „tata” lub „mama” kojarzy mu się – mimo ukrytych gdzieś głęboko wspomnień – z kimś wspaniałym.
Wystarczy, że przyjdzie czysty, ogolony, nie musi nawet mówić „przepraszam”. I choć większe dziecko nie chce z nim mieszkać i nie czeka na żadną propozycję, to jednak liczy na spotykanie się, na otrzymanie doładowania do telefonu, na to, by móc wyjść, bo inni też wychodzą na parę godzin spaceru czy odwiedzin do dawnego domu.
Zawsze modlimy się za rodziców i mówimy dzieciom, że każdy człowiek, w każdej chwili, ma prawo stać się innym, lepszym. I modlimy się o to, by ci rodzice byli lepsi, by umieli skorzystać z tego, że dzieci są tu i starali się coś w swoim życiu zmienić. Wiadomo, że jak już dziecko jest 7 lat w placówce, to nie wierzy, że mama dobrze wykorzystuje czas dla scalenia rodziny, gdy ono jest „zaopiekowane” i ma dom w placówce, ale jak idzie do tego domu, to chce zobaczyć coś innego u tej matki i chwali się tym.

– Ale oprócz placówki jest też możliwość rodziny zastępczej. Siostra wiele razy powtarzała, że domy dziecka nie powinny istnieć, a powinna wzrosnąć liczba takich rodzin. To realne?

– Tak, choć na pewno nie da się funkcjonować całkiem bez domów dziecka, bo rodzina zastępcza nie zawsze wytrzyma napór tych trudności, które znosi dom dziecka. I może oddać dzieci do placówki...

– Zdarzają się takie sytuacje?


– Tak. Z podopiecznymi jednego z domów dziecka tak było. Praktycznie większość stanowiły dzieci z rodzin zastępczych. Były wśród nich takie, które przynamniej na początku jeszcze utrzymywały jakiś kontakt z oddanymi dziećmi, a inne nie. Teraz ustawa o pieczy zastępczej przewiduje, że dzieci do lat 10 mają trafić do rodzin zastępczych.
Wiadomo, że nie ma rodzin zastępczych dla wszystkich dzieci, więc trzeba wybrać. I te młodsze, które trzeba odebrać rodzinom, idą do rodzin zastępczych, a te starsze trafiają do domów dziecka. Rodzina zastępcza tak długo opiekuje się jednym dzieckiem, jak potrzeba, lub innym dotąd, dokąd z pomocą specjalistów daje sobie radę wychowawczo.
Do domów dziecka czasem trafiają dzieci z rodzin zastępczych spokrewnionych, gdzie już dziadkowie nie dają rady, i trafiają też z rodzin zastępczych, które sobie nie poradziły z dziećmi. A przecież ważne jest zapewnienie dziecku potrzeby przynależności. Dzieci, które są z jakiś powodów odesłane z rodzin zastępczych, czują się często drugi raz porzucone.

– Tamte rodziny zastępcze nie miały pomocy?


– Pomoc specjalistyczna na pewno była, bo po oddaniu dzieci nie wszystkie rodziny zastępcze ponownie mogły otrzymać kolejne młodsze dzieci pod swoją pieczę, co oznacza, że dokonywano weryfikacji. Natomiast problem ponownego oddania, bądź zabrania, i powierzenia go bez jego woli innemu środowisku u dziecka wyciska nowe piętno opuszczenia.
Zapewne to jest prawdą, że te dzieci w rodzinach zastępczych stwarzały różne trudne sytuacje wychowawcze, a bardziej jeszcze ich kontakty z rodzinami biologicznymi. To był wielki kłopot, gdy dzieci dorastały i zaczynały słuchać rodziców biologicznych, którzy mówili np.: Jak nie chcesz, to nie idź do szkoły. A rodzina zastępcza tego wymagała. Więc powstawał konflikt. Z tego wszystkiego najwięcej ucierpiały dzieci. Także wtedy, gdy dwójka sprawiała kłopot, a trzecie nie, to by nie rozdzielać rodzeństwa, zabierało się wszystkie do placówki. I te dzieci czuły żal. Trzeba było tam w placówce podejmować różne działania i szukać indywidualnych rozwiązań wychowawczych najlepszych dla dobra oraz rozwoju dziecka przez podtrzymywanie kontaktów bądź z rodziną naturalną czy zaprzyjaźnioną.

– Jest w sytuacji takich dzieci – opuszczonych, zastępczych – jakiś plus? Coś, co pokazuje, że rodzina biologiczna też ma szansę?

– Zanim w ramach „Ochronki Bałuckiej” powstał także dom dziecka, najpierw oprócz przedszkola socjalnego i świetlicy był tu hostel dla dzieci z rodzin znajdujących się w kryzysie. Taką formę dopuszczała wcześniejsza ustawa o placówkach opiekuńczo-wychowawczych. Matka, szkoła, pracownik socjalny w różnych trudnych sytuacjach mogli pozostawić zawsze za pisemną zgodą matki lub ojca dziecko pod naszą opieką. Na określony czas. Bywało, że kurator kierował do nas dzieci na 24 godziny przez przynajmniej 3 miesiące, ale jednocześnie mówił matce: Proszę w tym czasie zrobić to i to. Jeszcze nie była ona ograniczona w prawach do dziecka postanowieniem sądowym, tylko miała nadzór kuratorski. Ona przychodziła do dzieci, zawsze z nią się rozmawiało, przypominało o konieczności terapii. Szłyśmy nawet do domu i „szturchałyśmy”: Proszę zrobić to wszystko, bo inaczej zabiorą pani dzieci. Jak przychodziła trzeźwa, to dzieci nie mogły się nacieszyć, że ona jest. Przez ten czas pobytu dzieci w hostelu wielu rodzinom udało się zmienić coś ku dobremu, zrobić terapię, podjąć pracę, uporządkować mieszkanie i dzieci mogły – nadal przy nadzorze kuratora i pomocy pracowników socjalnych – powrócić do swoich domów. Dla drugiej części dzieci po takiej zmarnowanej przez rodziców szansie pozostawała już tylko placówka opiekuńczo-wychowawcza, ale byliśmy pewni, że wszystko, co dało się zrobić, było podjęte. W tej formie pracy poznałam wspaniałych kuratorów, dobrych pracowników socjalnych i wiem, że są ludźmi, którzy potrafią myśleć. I powiedzieć, co potrzeba rodzicom i podprowadzić ich gdzie trzeba, ale nic za nich nie robić. „Muszą sami złowić rybę”, bo inaczej na nic są rodzicielskie obietnice. I to jest ten plus, który jest w ustawie, że rodzina biologiczna ma być otoczona taką opieką, która byłaby tak pomocna, by dzieci nie musiały trafić do placówki.

– To pewnie musiałoby się zmienić też podejście pracowników socjalnych...


– Czasami trzeba stawiać pytania dość trudne rodzicom, np.: Pracuje pani za granicą, jest tu pani chwilę, więc powinna pani wokół placówki ciągle krążyć, częściej zachodzić, a kim jest ten pan za bramą? Wiem, że może to są mocne zapytania, ale trzeba je postawić, bo to tutaj jest jej dziecko pod moją opieką. I ona jest mi bliska. Jeśli osoba towarzysząca rodzinie będzie blisko dziecka i jego rodziny, to nawiąże z nimi więź i może oni czegoś się nauczą oraz uda się, że tej rodzinie nie trzeba będzie odbierać dzieci.
Czasem jednak, gdy rodziny nie dadzą sobie pomóc, dziecko trafia do pieczy zastępczej. Powinno być jednak zaplanowane działanie dla rodziny biologicznej – towarzyszenie, aby możliwie jednoznacznie dało się określić, czy jej zależy na dzieciach. A jeśli rodzina biologiczna się nie poprawi – zastosować proces adopcyjny dopóki dzieci są małe. A tu wszystko trwa i trwa. A kto oceni, czy ci rodzice „się cofną” i kiedy, i czy im przypadkiem nie jest wygodnie, że ktoś im wychowuje dziecko?

– Wychowuje ciocia i wujek w rodzinie zastępczej?

– Rodzina zastępcza nie może uzurpować sobie prawa do bycia rodzicami. Są rodziną: ciocią i wujkiem. Czasem nie wiadomo, z kim ma się wtedy dziecko liczyć. Czy z tymi kochającymi, co prawda, ale ciocią i wujkiem, czy z tym, do kogo mówi się „mamo” i „tato”? I to temu dziecku każe się ocenić, kto jest dla niego ważniejszy – czy ci, którzy stanowią prawidłową rodzinę i wychowują, czy mama i tata, którzy takiej rodziny mu nie stworzyli, a teraz tylko obiecują.

– Niedoskonałość zapisów? Jak i pewnie to odcięcie poniżej i powyżej 10 lat...


– A jeśli ono skończy 10 lat, to nie jest już dzieckiem? A jeśli chłopiec wytrwał w rodzinie biologicznej i ma 10-11 lat i towarzyszył zawsze swojej mamie, przyprowadzał ją pijaną do domu z knajpy, kładł ją spać i nikt temu dziecku dotąd nie mówił, że ma ją zostawić, nie opiekować się, bo ona się inaczej nie podźwignie, bo odmówiła terapii. I nikt nie wpadł na to, by on – jak miał 9 lat – pobył tymczasem np. w takiej formie hostelowej pod opieką świetlicy dopóki jego mama „przymuszona” nie zrobi terapii.
On jeszcze nie jest niczym skażony, jest kryształem! W takim okresie dzieciństwa, gdy sam mógł być jak rówieśnicy beztroski, całą swoją troskę przelał na matkę. I teraz, w rok później, gdy już tak dalej być nie może, nie ma szans trafić do rodziny zastępczej, bo nie ma dla niego miejsca. On musi trafić do domu dziecka, gdzie są dzieci też niektóre 10-letnie, ale już pokrzywdzone odrzuceniem rodziny biologicznej, zabraniem z rodziny zastępczej i zdeprawowane przykładem starszych, którzy już nauczyli się „korzystania z tego, że muszą sami o siebie zadbać”. Nie jestem za tym, żeby w wieku powyżej 15. roku życia młodzież przyjmować do domu dziecka, chyba że trzeba razem z młodszym rodzeństwem.

– A dochodzenie do dorosłości?

– Pod wieloma względami ścigamy Zachód, ale tam rodzice już 17-latkom zapewniają oddzielne mieszkania (nie uważam tego za dobrodziejstwo). U nas natomiast dla pełnoletniej, dobrej młodzieży z pieczy zastępczej czy to rodzinnej, czy instytucjonalnej, która chce wziąć swoją przyszłość we własne ręce, uczy się, pracuje, chce się usamodzielnić, nie ma możliwości zapewnienia skromnego lokalu do indywidualnego zamieszkania.

Tagi:
dzieci

Bałtyk jesienią też jest piękny

2018-10-16 12:09

Jolanta Kłos

Uczniowie Szkoły Podstawowej w Trzebiczu, członkowie Szkolnego Koła Caritas i Białej Armii oraz ministranci 26 września wyruszyli wraz z ks. Tadeuszem Wołoszynem, proboszczem parafii pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa w Trzebiczu i opiekunami na trzydniową wycieczkę do Międzyzdrojów .

Radosław Zemsta
Dzieci i młodzież z parafii Trzebicz na wycieczce w Międzyzdrojach

Swój ostatni wyjazd w tym roku nad polskie morze rozpoczęliśmy od Mszy św. Następnie autokarem wyruszyliśmy w podróż ku jesiennej przygodzie. Podróż upłynęła nam w miłej i wesołej atmosferze, podczas której uczestnicy śpiewali pieśni religijne, jak również popularne piosenki wędrowne. W czasie pobytu zwiedzaliśmy Międzyzdroje, spacerowaliśmy po plaży wdychając jod, podziwialiśmy Bałtyk jesienią i zbieraliśmy muszelki, jak również zdobyliśmy Kawczą Górkę.

Drugiego dnia pobytu udaliśmy się promem do Świnoujścia, gdzie zwiedzaliśmy miasto, robiliśmy zakupy i odwiedziliśmy kościół pw. Chrystus Króla. We wnętrzu świątyni znajduje się podwieszony pod sufitem drewniany model korwety z 1814 roku, który podarował hamburski kupiec w podzięce za zaślubiny z córką miejscowego handlarza, a nazwał go govergissmannicht, co oznacza nie zapomina się. Obejrzeliśmy również pomnik Jana Pawła II i udaliśmy się w drogę powrotną do pensjonatu. Wieczorem wszyscy uczestnicy świetnie się bawili podczas grilowania i wieczorku integracyjnego.

Ostatni dzień pobytu nad Bałtykiem rozpoczęliśmy od Mszy św. Następnie udaliśmy się do miasta, gdzie mieliśmy okazję zobaczyć Park Chopina, dom do góry nogami, Aleję Gwiazd i molo. Co więcej, spacerowaliśmy po plaży aż po Woliński Park Narodowy. Po powrocie do ośrodka zjedliśmy pyszny obiad, pożegnaliśmy gospodarzy i autokarem wyruszyliśmy w drogę powrotną. Pobyt nad Bałtykiem pozostanie na długo w naszej pamięci, gdyż pogoda nam dopisała i wracaliśmy w świetnych humorach. Obiecaliśmy sobie że wrócimy tam za rok.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Muller o dechrystianizacji i rechrystianizacji Europy

2018-10-18 14:03

Andrzej Tarwid

Monika Książek/Niedziela

To nie jest atak tylko na Polskę, ale to jest atak na Kościół katolicki. A Polska ma być przykładem, w jaki sposób przemocą następuje dechrystianizacja Europy – powiedział kard. Gerhard Muller.

Były prefekt Kongregacji Nauki Wiary był prelegentem V sesji II Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi”, która odbywa się dzisiaj w Senacie RP.

Zdaniem kard. Mullera w dzisiejszych debatach publicznych oraz praktyce życia politycznego na forum Unii Europejskiej specjalnie pomija się to, że Europa jest wspólnotą wolnych narodów i autonomicznych suwerennych państw. Przyjęcie takiej perspektywy oznaczałoby bowiem, że żadne z państw członkowskich nie może uważać siebie za nauczyciela dla innych krajów.

- Wartości europejskie nie są ustalane przez Komisję Europejską w Brukseli czy parlament w Strasburgu, czy też przez inne instytucje europejskie. One przede wszystkim mają służyć narodom. A nie tworzyć nową formę subtelnie sterowanej odgórnie nowej władzy – stwierdził kard. Muller.

Hierarcha podkreślił, że Europy nie trzeba wynaleźć na nowo, bo istnieje ona już od 2 tysięcy lat. Jej korzenie sięgają Starego Testamentu, filozofii greckiej oraz prawa rzymskiego.

- To wszystko znalazło swoją syntezę w wierze chrześcijańskiej – powiedział kard. Muller i wyjaśnił. - W Wielkiej syntezie wiary chrześcijańskiej Bóg mówi „Jestem, który jestem”. On objawia się suwerennie. Jest Twórcą wszystkiego, co istnieje. Partycypuje we wszystkim, co dobre. Jest początkiem i celem.

Zobacz zdjęcia: Europa Christi w Senacie

W ocenie hierarchy, prądy intelektualne jakie obecnie dominują na Starym Kontynencie są ideologią półmarksistowską. A ona zaprzecza wszystkim podstawowym zasadom, które legły u podstaw Europy. Stąd biorą się także ataki na nasz kraj.

- Polska jest w tej chwili w rdzeniu rechrystianizacji Europy – powiedział hierarcha. - Najpierw katolicką Irlandię chciano zniszczyć, a teraz Polska jest w ognisku skoncentrowanych ataków – dodał.

W ocenie kard. Mullera dla każdego, kto zna historię naszego kraju obecne ataki na Polskę są „rzeczą absurdalną”.

- Polska jest tym krajem w Europie, gdzie najwięcej zrobiono dla demokracji, dla wolności, dla samostanowienia narodów i godności ludzkiej. Polska najwięcej najwięcej w tej mierze działała i najwięcej ucierpiała – stwierdził prelegent. Zaznaczył jednocześnie, że obecne ataki mogą okazać się dużo groźniejsze w skutkach dla naszej tożsamości niż haniebne rozbiory. - Wtedy rozerwano ciało, ale członki pozostały. Dzisiaj chodzi o śmiertelny cios, który ma być dokonany na duszy polskiej. Te chrześcijańskie współrzędne Polski mają być zniszczone – ocenił.

Były prefekt Kongregacji Nauki Wiary za „część strategii przemyślanej propagandy przeciwko Polsce” uznał też film „Kler”. - Tak jak kiedyś magnaci zdradzili Polskę z pomocą rosyjskich i pruskich pieniędzy. Tak teraz są tacy, którzy chcą zniszczyć tożsamość przez wzbudzenie nieufności, podzielnie na grupy ideologiczne – stwierdził. I dodał, że jemu osobiście przypomina to czasy hitlerowskie w jego ojczyźnie, kiedy to naziści też budowali kampanie nienawiści opierając się na fałszywych stereotypach.

- A przecież to właśnie polski kler sprawił, że Polska po trzech rozbiorach nie została rozerwana duchowo i intelektualnie. On on ratował Polskę i doprowadził do tego, że Polska samo umiała siebie wyswobodzić. Bo to nie tylko układ wersalski, ale właśnie Polacy siebie wyzwolili i stworzyli państwo – powiedział kar. Muller i zaznaczył, że podobnie wyglądały losy Polski po wybuchu II wojny światowej oraz w czasach komunistycznych, aż po powstanie Solidarności i pontyfikat Jana Pawła II.

- Jeżeli byłbym na miejscu Donalda Tuska, to nauczyłbym wszystkich w Europie po polsku słów: dziękuję bardzo - powiedział.

Według kard. Muller obecnie na naszym kontynencie dokonuje się dechrystianizacja. Polega ona na propagowaniu „antykultury, kultury śmierci i beznadziejności”.

Złamanie narodowych i duchowych tożsamości poszczególnych narodów jest konieczne, aby stworzyć jedno zuniformizowane społeczeństwo ludzi, którzy nie będą samodzielnie myśleć.

- My walczymy na rzecz rechrystianizacji. Walczymy o intelekt, walczymy o rozum ludzi, bo to rozum ludzki jest największym darem, jaki dał nam Bóg – powiedział kard. Muller i podkreślił, że ludzie wierzący reprezentują kulturę życia na bazie tego, że „Słowo stało się Ciałem”. Jednocześnie sprzeciwiają się nienawiści.

- My wierzymy w Jezusa Chrystusa i wierzymy w to, co powiedział św. Tomasz nawiązując do Platona i Arystotelesa. Wierzymy w jedność Trójcy Świętej. Od Boga wychodzi dobro, od Boga wychodzi piękno i miłości. I to jest źródło i cel rechrystianizacji Europy – powiedział na koniec kard. Muller.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płyta - Wojna totalna 300x400

Urodziny Eminencji Gulbinowicza

2018-10-19 02:33

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała
Kard. Gulbinowicz całuje portret rodziców

W Hali Stulecia spotkali się najważniejsi mieszkańcy miasta – były władze miejskie, samorządowe, ale też przedstawiciele duchowieństwa, zgromadzeń zakonnych i liczna grupa kleryków z MWSD z księdzem rektorem na czele. W imieniu metropolity wrocławskiego przemawiał ordynariusz świdnicki bp Ignacy Dec. Krok po kroku podsumowywał działalność Kardynała wskazując liczne osiągnięcia na przestrzeni lat, które nie tylko wzmacniały wrocławski Kościół, ale promowały Wrocław poza granicami kraju. Prezydent Wrocławia przytoczył kilka anegdot, które mimo, iż opowiadane wcześniej, za każdym razem wywołują salwę śmiechu i burzę oklasków, bo ich bohater, kard. Gulbinowicz, odsłania się jako ten, który ceni ludzi i umie zdobywać ich serca.

- Dwadzieścia kilka lat temu, krótko po ślubie odwiedzałem wielokrotnie ówczesnego arcybiskupa metropolitę wrocławskiego, jeszcze nie kardynała, księdza Henryka Gulbinowicza – opowiadał prezydent. Wizytom towarzyszyły zabawne rozmowy, powtarzane jak rytuał, które niniejszym przytaczam: - I jak tam, dzieci już masz? Wówczas jeszcze nie mieliśmy dzieci, więc odpowiadałem niezmiennie: Ekscelencja przecież wie, że jeszcze nie. - Przyjdź do mnie, dam ci krople. - Jakie krople? - Litewskie, pomagają w tych sprawach.

Prezydent przypomniał również historię przechowywanych przez Eminencję pieniędzy „Solidarności”: Otóż w 1982 r. zjawiliśmy się u arcybiskupa Gulbinowicza: Tesia Szostek i ja, aby - któryś już raz - zaczerpnąć ze słynnych 80 milionów złotych, które tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego Dolnośląska Solidarność zdeponowała u metropolity. Zaczerpnąć na potrzeby podziemnej Solidarności. Ksiądz arcybiskup chciał nam przekazać pieniądze w obecności świadka i poprosił do siebie księdza biskupa Dyczkowskiego. Ponieważ jednak wszyscy obawiali się wówczas podsłuchów, to, kiedy biskup Dyczkowski wszedł do gabinetu, arcybiskup wskazując Tesię i mnie powiedział do Adama: "Księże biskupie, siostry przyszły do nas z prośba o pieniądze na ochronkę". Harnaś nie zorientował się jednak, o co chodzi i rozpostarłszy ramiona ruszył w moim kierunku mówiąc: "Witam drogi Rafale!" Na co zirytowany Gulbinowicz trzasnął dłonią w biurko i zirytowany rzucił: "Nie Rafał, tylko siostry, siostry mówię!" – konkludował prezydent pośród oklasków.

Niespodzianką dla Jubilata był podarowany przez prezydenta Wrocławia portret rodziców. Na płótnie, obok Walerii i Antoniego Gulbinowiczów artysta namalował małego Henia z gołymi stopami. I choć Kardynał kilkakrotnie podkreślał, że nic nie słyszy i nie widzi, serdecznie ucałował osoby na płótnie…

Sam Jubilat przemawiał dwa razy: błogosławiąc gościom i zapewniając o swojej modlitwie: „Nie myślcie, że przyszedłem z niczym, już Mszę za was odprawiłem”. I po raz drugi, na zakończenie, gdy wzruszony pięknem wieczoru zapewnił, że bardzo się cieszy i chciałby pożyć jeszcze przynajmniej dwa lata, ale jest zobowiązany zaprosić wszystkich…na pogrzeb. Oczywiście, zaproszenie, wypowiedziane z wileńską swadą, wywołało burzę oklasków i uśmiech na twarzy Jubilata.

Sercem świętowania był koncert orkiestry NFM, chóru i solistów pod dyrekcją Agnieszki Franków – Żelazny. Zabrzmiały Pieśni i arie z oper Moniuszki, a występ otworzyła "Litania ostrobramska" skomponowana na cześć Najświętszej Marii Panny z ostrej Bramy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem