Gdybyśmy tej presji, jako państwo i jako naród nie wytrzymali, w lutym 2022 roku, gdy Putin postanowił zaatakować całą Ukrainę i zdobyć Kijów, my byliśmy w chaosie, poczuciu zagrożenia i nieszczelną granicą z Białorusią, co mogłoby się wiązać ze skupieniem sił gdzie indziej niż powinniśmy, czyli nie na granicy z Ukrainą gdzie przechodzili uciekający przed wojną sąsiedzi uchodźcy, a Mińsk oraz naciskający na Łukaszenkę Putin mieliby większe możliwości naruszania naszego terytorium, a przynajmniej sprawiania poważnych militarnych kłopotów. To tylko kilka potencjalnych skutków, spisany naprędce, bo z pewnością eksperci w tej tematyce byliby wstanie wskazać co najmniej kilka razy tyle.
Wojna hybrydowa i test odporności państwa
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Warto pamiętać o tym aspekcie za każdym razem gdy mówi się o sytuacji na wschodniej granicy teraz i w przeszłości. Nie każdy miał wtedy świadomość skali zagrożenia i powagi sytuacji (o działających świadomie na szkodę Polski nie wspominam), a ci którym tej państwowej i politycznej wyobraźni brakowało, dziś zrobią wiele, by zostało to wymazane ze zbiorowej pamięci.
Reklama
Do tego dochodzi źle pojęta „solidarność” w ramach obozu polityczno-medialnego, który dziś jest u władzy, a gdy będąc w opozycji władzę chciał za wszelką cenę zdobyć – sięgał po każdą możliwą metodę, z szantażem emocjonalnym i rozhuśtywaniem łódki „Polska” do (nomen omen) granic. Tej postawie daleko do skruchy, która jest jedyną nadzieją na refleksję i naprawę oraz zaufanie, że wnioski z tej lekcji z 2021 roku zostały wyciągnięte. Tego nie ma.
Presja z dwóch stron
Dziś niestety ta polityczna omerta dotyka sfer wydawać by się mogło nie tak bardzo istotnych, czyli pojedynczych spraw, które „ciągną się” ostatnimi laty, a w których centrum znalazła się Straż Graniczna. To jej funkcjonariusze w tamtym czasie byli pod największą presją, dla wielu młodych ludzi stojących na granicy był to czas wyjątkowy i to w bardzo mrocznym tego słowa znaczeniu. Szli do pracy dla Ojczyzny, ale zapewne nie spodziewali się, że będzie ona tak kosztowna dla własnego zdrowia fizycznego i psychicznego i swoich rodzin. Z jednej strony mieli wroga zewnętrznego, którego rozpoznać nie było im tak ciężko, z drugiej nieoczekiwaną jednak presję wewnętrzną, a konkretnie mówiąc kampanię zohydzania ich jako formacji, insynuowania rzeczy najgorszych, takich jak tortury na ludziach próbujących przekroczyć polską granicę oraz masowe groby (pamiętacie te oskarżenia jednej z europosłanek?). Nagrywani przez polityków opozycji smartfonami, straszeni, poniżani w mediach, a nawet dehumanizowani, bo ciężko inaczej określić nazywanie ich „śmieciami” przez jednego z polityków, tak chętnie zapraszanego do mediów, które doskonale wiedziały po co przychodzi i co ma do powiedzenia. To zresztą ten sam, o Władysławie Frasyniuku mowa, który promował słynne „osiem gwiazdek” kilka lat zanim to było modne. I to po rosyjsku.
Reklama
Mało kto pamięta, ale ja tak, że już w czerwcu 2017 roku, w środku jednego z nielegalnych protestów przeciwko upamiętnieniu ofiar katastrofy smoleńskiej (za którą winę ponosi Rosja, co ustaliły dawno odpowiednie polskie instytucje), ten polityk siedział na chodniku z przypinką z hasłem „jeb** PiS” napisanym cyrylicą. Po latach wyszło na jaw, że tym hasłem posługiwała się rosyjska agentura, a ustalili to nie krzewiciele teorii spiskowych, ale polska prokuratura i znalazła na to konkretne, opisywane w mediach dowody. Nie sugeruję, że Frasyniuk był, lub jest ruskim agentem, ale z pewnością jego aktywność wpisywała się w agendę Kremla, której celem zawsze będzie podzielenie Polaków i doprowadzenie ich do wewnętrznego wrzenia, tak, by nie mieli głowy myśleć logicznie i razem bronić przed zewnętrznym wrogiem. Nie kto inny, jak była ambasador USA nazwał przekaz zniesławiający Polskę, który docierał na Zachód wprost: „efektem rosyjskiej dezinformacji”. A i w tym jak opisywano operację na wschodniej granicy swoje ręce maczał Kreml, który jak zawsze w takich sprawach – chętnie wykorzystuje tzw. pożytecznych idiotów nad Wisłą.
„Śmieci” bez winy
I teraz, po latach, gdy wydaje się, że już dla wszystkich jest jasne, że hasło „murem za polskim mundurem” w 2021 roku i później miało głęboki społeczny i propaństwowy sens – nagle okazuje się, że zdaniem sądu Władysław Frasyniuk nazywający żołnierzy Straży Granicznej „śmieciami” jest niewinny, a sędzia Sądu Okręgowego we Wrocławiu Ewa Mokrzysz – po procesie wyłączonym z jawności – ogłosiła, że uzasadnienie wyroku nie zostanie podane do wiadomości publicznej. Ze wstydu? Nie wiem, ale się domyślam.
Reklama
Dzień po tym wyroku nadszedł kolejny, w podobnej sprawie werdykt, tyle że w Warszawie. Sędzia Danuta Grunwald uniewinniła aktora Piotra Zelta oskarżonego o znieważenie byłej rzecznik Straży Granicznej Anny Michalskiej. „Od wielu lat treść tego przepisu jest taka, że aby doszło do wyczerpania znamion przestępstwa znieważenia funkcjonariusza publicznego, wypowiedź znieważająca musi nastąpić podczas i w związku z wypełnianiem obowiązków służbowych przez tego funkcjonariusza” – przekonywała, używając zwrotu „rozerwanie czasowo-przestrzenne”. O co chodzi? Według tej kuriozalnej logiki, jeśli ktoś obrazi funkcjonariuszy w mediach społecznościowych, ale zrobi to po emisji materiału, który opowiada o ich służbie w czasie przeszłym (mowa o audycji TVN24 wyemitowanej miesiąc po opisywanych zdarzeniach), to nie była to obraza „na służbie”, a więc nie jest to przestępstwo. Takie uzasadnienie i to w XXI wieku to istny fikołek, szczególnie jeśli przyjmiemy, że tak samo należałoby oceniać publikacje prasowe, które przecież też ukazują się nie w czasie rzeczywistym, tylko w pewnym odstępie czasowym. Absurd, ale fakt jest faktem – Zelt, aktor nieukrywający na Facebooku swoich politycznych sympatii do obozu władzy został uznany człowiekiem niewinnym mimo iż publikując zdjęcie kpt Michalskiej na służbie (w trakcie konferencji prasowej, a była rzecznikiem SG), nazwał kobietę „twarzą bestialskich, bandyckich standardów państwa PiS”. Warto podkreślić, że stało się to krótko po tym jak prokuratura, na osobiste polecenie ministra sprawiedliwości, Waldemara Żurka – wycofała się z oskarżenia w tej sprawie, uznając decyzję sądu niższej instancji, który również nie dopatrzył się przestępstwa ze strony celebryty.
I tak mamy dwa wyroki, jeden uniewinniający dla polityka sprzyjającego władzy, a drugi szczęśliwy dla aktora… również sympatyzującego z rządzącą koalicją i publikującego w mediach społecznościowych agresywne posty na temat opozycji. Ten drugi dodatkowo reprezentowany był przez mecenasa, który został przyłapany w jednej z warszawskich knajp z obecnym rzecznikiem rządu, który akurat ma bardzo dobre relacje z ministrem Żurkiem. Przypadek? Nie sądzę.
Wynika z tego coś znacznie więcej niż dwa kontrowersyjne orzeczenia. To sygnał, że prawo zaczyna być traktowane jak narzędzie – nie jak fundament państwa. Państwa, które zresztą ostentacyjnie odwraca się od swoich funkcjonariuszy, żołnierzy, którzy strzegą bezpieczeństwa nas wszystkich. Jeśli sądy, zamiast chronić tych, którzy w najtrudniejszych momentach bronili polskiej granicy, usprawiedliwiają tych, którzy ich poniżali, to znaczy, że w Polsce właśnie testowana jest nowa granica – granica bezkarności dla swoich. I jeśli dziś można bezkarnie znieważać mundur, jutro można bezkarnie znieważyć państwo i każdego obywatela.
