Reklama

W wolnej chwili

Nawet na popiół pazerni

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Ante cinerum et quadragesimae... – Proboszcz mówi, a gospodyni tłumaczy. Znam pojęcia, ale nie znam zwyczajów... – Mamy posiedzenie sztabu duszpasterskiego. Brzmi bojowo, nie bardzo wiem, z czym się to je. Gospodyni:

– W tłusty czwartek przyjdą na pączki.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

– A tam – odpowiada zirytowany proboszcz, ale balon został przekłuty. Okazuje się, jak zawsze, że prawda leży pośrodku. Zasiadamy w refektarzu w kilka osób. My, proboszcz i ja, dalej organista, kościelny, zelatorki, panny Skotnickie i jeszcze dwóch panów, jak się okazuje, śpiewaków pogrzebowych, ale nie tylko. Dosyć gwarno na początku. Wszyscy się przecież znają i wiele razy już tę odprawę odbywali. Proboszcz wchodzi, milkniemy. Gospodyni nie chce usiąść przy stole, choć podobno przynależy do sztabu.

– Z kuchni was będę słyszeć – odpowiada na zaproszenie.

– Niech tam – kwituje z rezygnacją proboszcz i zagaja zebrane, przepraszam, posiedzenie sztabu.

– Wszyscy są? No. Aniśmy się obejrzeli i po karnawale, a na widoku post.

Kiwają głowami. Nieśmiało podejmują na powrót rozmowy, bo proboszcz z kościelnym szturchają się słowami.

– Co to teraz taki post – mówi pan z sumiastym wąsem i siwym okoleniem wokół łysej głowy. – Moja mama, świeć, Panie, nad jej duszą, to garnki wyparzała, żeby bodaj odrobina tłuszczu się nie ostała.

Reklama

– Tak, tak – potakują inni. – Olej się tłoczyło z rzepaku, ze słonecznika.

– Lniany był najlepszy – ktoś dopowiada.

– Ale przecież każdy do czego innego. Konopny na ten przykład...

Proboszcz puka niecierpliwie w stół.

– Dosyć już tych kulinariów.

I do kościelnego:

– Ja ci ogłoszę, żeby ci te palmy przynosili, ale ty je porządnie przepal, żeby nie było jak w inne lata, tyle badyli i paprochów.

Kościelny prycha z oburzenia.

– Jakie badyle? U teścia w starej stodole stoją żarna, przemielę, będzie jak mąka. Tylko żeby przynieśli.

Rzeczywiście, w niedzielę pierwszy punkt ogłoszeń parafialnych dotyczy popiołu, a raczej zeszłorocznych palm.

– Jak co roku proszę. Jak tam macie za obrazami poświęcone palmy z zeszłego roku, to przynieście do pana kościelnego. Wiadomo, potrzeba na popiół na środę, cinerum. Tylko od razu, zaraz.

I w trakcie ogłoszeń – do kościelnego:

– Kiedy to będziesz palił?

– We wtorek – odpowiada z zakrystii.

– No właśnie, do wtorku rana, bo potem to po co komu.

Radzimy dalej, bo punktów co niemiara. Nad każdym dyskusja, w ogóle niepotrzebna, ale okazuje się obowiązkowa. Niepotrzebna, bo bez względu na głosy, racje i propozycje w pewnym momencie proboszcz mówi: to będzie tak a tak. Kiedy próbuję się czemuś przeciwstawić, proboszcz nagle oznajmia:

– Weźmiesz kazania pasyjne.

– Dlaczego? – protestuję nieśmiało i daremnie.

Reklama

– Weźmiesz, bo zawsze tak było. Ja jestem zbyt uczuciowy, Pana Jezusa mi żal. Co się patrzysz, ledwie powiem dwa zdania i ryczę. Na ambonie nie wypada. Kazanie pisz na maszynie w trzech odbitkach. W kaplicach nabożeństwa prowadzą panowie śpiewacy i odczytają ludowi Bożemu. Zostawiamy im, jak jedziemy do południa na Mszę. No to mamy. Aha, Drogi Krzyżowe. Co roku to mówię, ale w tym już postanowione. Po kościele od stacji do stacji chodzą tylko krzyż i świece. Ksiądz prowadzi rozważania od pulpitu.

Kościelny nie wytrzymał. Wiercił się zresztą od pewnego czasu.

– Zaraz, zawsze było tak, że ksiądz też chodził za krzyżem. To przecież droga, to jak ma stać w miejscu?

– Aleś mądry. Liturgista powiatowy. I widzisz, co było? Kto go spod chóru słyszy?

I do mnie:

– Twój poprzednik się uparł, głos miał jak piszczałka i tak popiskiwał, a ludzi u nas przychodzi moc. Nic nie słychać było, nadymał się, a ledwie jak sroka na wiosnę. Postanowione.

Kościelny pyta:

– Kto będzie odprawiał nabożeństwa?

– Ksiądz, co cię obchodzi?

– Który? – Kościelny nie odpuszcza, chyba z samej przekory. – Muszę wiedzieć, jak przygotować.

Proboszcz patrzy na mnie, ja się jeżę.

– Dobrze, niech będzie moja strata. Dziecięce – wikary, ja biorę dla dorosłych. Czasami mnie zastąpisz.

A kościelny od razu:

– Po pierwszym piątku to już w każdy.

Proboszcza to bardzo denerwuje.

– I co głupstwa pleciesz? Płaci ci kto za to?

– Nie tak jest każdego roku?

Rozgląda się po pozostałych, szukając poparcia. Nikt się nie kwapi. Za to proboszcz purpurowieje na twarzy.

– Jak ta biedna kobieta z tobą wytrzymuje. Rozgrzeszenie jej powinno się dawać bez pokuty. Patrzcie, co za horrendalna maruda. O, doigrasz się jeszcze. Masz szczęście, że trafiłeś na wyjątkowo spokojnego proboszcza.

Reklama

Znowu zamęt. Ktoś dzwoni do drzwi kancelarii.

– Zobacz.

Proboszcz rzuca do mnie i przechodzą do następnego punktu. Przyjechali do chorego. Komunikuję. Wszyscy zainteresowani. Proboszcz pyta:

– Skąd? – Mówię.

– A do kogo tam?

– Do Kija, chyba, tak jakoś mówił. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem.

– Dobrze. Już po kolędzie był lichy. Czym przyjechali?

– Furmanką.

– Ciepło się ubierz, bo to potrwa. Bursa jest w zakrystii. Powiem ci potem, co my tu postanowimy, ale już ci mówię, że kazanie w Środę Popielcową masz ty. Krótkie, treściwe, bo ludzi przychodzi masa i z popiołem się nie wyrobimy. No, jedź, co się ociągasz, a my do następnego punktu, rekolekcje.

Z niepokojem opuszczam to wysokie zgromadzenie, obawiając się następnych obowiązków.

W kożuchu proboszcza, z Panem Jezusem na piersi, moszczę się obok woźnicy, jednak tyłem do kierunku jazdy. Taki tu zwyczaj. W drodze powrotnej siadam już normalnie i rozmawiamy. Konie dwa, przez zimę wypoczęte, rwą się drogi, ledwie je może powstrzymać lejcami, wierzgają co chwilę.

– Mój i chrzestnego, nie bardzo się nadają do pary, ale ojciec pilił. Jakoś dojedziemy.

Reklama

Uspakaja woźnica i milknie. Trochę się modlę, a później zaczynam myśleć o tym kazaniu na Środę Popielcową. Ma być krótkie, treściwe. Cały proboszcz, wie jak, ale sam nie powie. Godzina, jak tu się mówi, z przechodem, czyli prawie dwie i jesteśmy na miejscu. Kilka domów wokół dużego stawu, brzegi porośnięte wierzbami i zmarzniętym tatarakiem, latem musi być tu pięknie. Na stawie gęsi i kaczki w dużym przeręblu pluskają się beztrosko, że też im nie marzną gołe nogi. Wchodzimy do dużego domu. W sieni i pierwszym pomieszczeniu dużo ludzi, pewnie rodzina, sąsiedzi. Modlą się po cichu na różańcu, bliżej drzwi pokoju prawdopodobnie żona i córka z zaczerwienionymi od płaczu oczami. Przyklękają nabożnie. Pytam o doktora.

– Był kolejny raz przedwczoraj.

– A szpital?

– Mówił, że szkoda go wywozić. I tak nic nie da.

Otwierają drzwi do głównej izby. Na łóżku mężczyzna, kiedyś pewnie rosły i krzepki, teraz wymizerowany chorobą, uśmiecha się na mój widok i żegna zamaszyście.

– Pochwalony – mówi mocnym głosem. – Przykro mi, że fatyguję dobrodzieja w taką pogodę, ale sam bym nie dał rady. Przyszły na mnie ostatnie terminy. Konie nie szarpały? Nienadane do pary.

– Trochę wierzgały, ale syn sobie poradził.

Reklama

Za drzwiami coraz głośniejsza modlitwa, widać czas na spowiedź. Jestem pełen podziwu dla spokoju, akceptacji swojej sytuacji, wdzięczności wobec Pana Boga, bliskich i rzeczowego rachunku sumienia. Jakie to dostojne, pełne godności i ujmujące. „Ucz się, chłopie” – mówię w myślach do siebie. Tak chyba potrafi ktoś, kto świadomie całe życie żył z Bogiem i służył ziemi. Znał swoje miejsce, potrafił być wdzięczny za to, co było, i nie zaprzątał sobie głowy pretensjami o to, czego nie było. Piękna postać i postawa. Teraz już wszyscy są wokół jego łóżka. Po przyjęciu namaszczenia i Wiatyku modli się w ciszy czas jakiś, a potem dziękuje po kolei każdemu, na którego spojrzy. Wyjaśniają sobie jakieś sprawy, proszą o przebaczenie. Na mnie już pora. Droga z powrotem jakby krótsza, a może to wynik rozmowy. Syn opowiada z szacunkiem o ojcu i dziejach rodziny. Znowu mnie dziwi, jak to wszystko mają uporządkowane w głowach, poukładane. I śmierć, i życie, i trwanie, wszystko w rytmie pór roku, lat i wieczności. Godne podziwu. A mnie się wydaje, że ja mam ich uczyć teologii. Mój Boże, to ja mam się uczyć i słuchać. Tak pięknych i sugestywnych wykładów na pewno nie miałem na studiach. Na plebanii już po posiedzeniu, ludzie się rozeszli, czekają na mnie pączek i zimna kawa. Obok zeszyt z zapisem, chyba uchwał i przebiegu posiedzenia wysokiego sztabu. Na wierzchu przypięta kartka proboszczowskim pismem: „Kazanie na Popielec”, dwa razy podkreślone.

Rzeczywiście, w Środę Popielcową ludzi moc. Po kazaniu, za mało konkretne – podsumuje potem proboszcz, organista intonuje pieśń, Posypmy głowy popiołem, i się zaczyna. Najpierw ja proboszczowi, a proboszcz mnie, ludzie pochylają głowy, kobiety odchylaj chustki, otwierają książeczki do nabożeństwa bądź chusteczki dla tych, którzy przyjść dzisiaj nie mogą. Uwijamy się z popiołem, prawie tyle samo to trwa, co cała Msza. W którymś momencie, ministrant mi później powie, proboszcz pociera nos i za chwilę eksplozja. Na metalowej tacy, którą trzyma w ręku, pusto, nad głowami ludzi chmura pyłu. Zamachnął się drugi raz, ale zdążył chwycić się za nos. Patrzy na spustoszenie i pytające oczy ludzi.

– Kościelny, popiół przynieś.

Ten zaś rozkłada ręce w geście bezradności. Proboszcz zwraca się do mnie.

– Daj mi pół i uważaj, nie szastaj tak, żeby starczyło. Oszczędnie.

Podchodzi na swoją stronę i mówi do najbliżej stojących.

– Wy już posypani.

Patrzą niepewni, bo wcale się tak nie czują. Jedyny we wsi prawnik, nietutejszy, przyżeniony – powie o nim później proboszcz – mówi:

– Brak formy.

– Co?

Proboszcz zaskoczony podnosi wzrok.

– Gdyby tak, to każda zawieja, burza piaskowa byłaby Popielcem. Musi być zachowana forma.

Reklama

– Ma pan rację – przyznaje proboszcz i dalej posypuje każdego. Ale między wypowiadaną nad każdym formułą memento, gdy zmierza do następnego rzędu, pod nosem mruczy.

– Nawet na popiół pazerni.

A potem znowu, ze skruchą w oczach, mówi memento i próbuje po dwie drobiny kłaść na czoło, a widać, że i tak nie wystarczy. Patrzy ze smutkiem na to niewiele i morze głów. Nagle, chyba czymś tknięty, mówi do ministranta:

– Przynieś ampułkę z wodą.

Chłopiec niewiele, widać, rozumie, ale nawykły do posłuszeństwa proboszczowi, idzie.

– Polej tu troszeczkę. – Podstawia tackę z popiołem.

– Więcej, co skąpisz.

I znowu z wrzaskiem:

– Nie tyle. Utop mnie od razu. Wystarczy. Zanieś.

Rozrabia to w rzadkie błocko i patykiem od zapalania paschału robi znak krzyża na zdziwionych czołach ludzi. Tych, co chcą do książeczki, odsyła do mnie.

– W ostatniej chwili mi się przypomniało – powie później. – Uratowałem Popielec.

Okazuje się, że uwiera go ta uwaga prawnika, bo w drodze na plebanię mówi z niechęcią:

– On mnie będzie liturgii uczył.

– Miał rację – mówię nieśmiało.

– Rację, racja – przedrzeźnia. – To nie sakrament ani akt prawny tylko cinerum, święty zwyczaj.

– Tym niemniej też ma swoją materię i formę właśnie.

Reklama

– A dajcie wy mi spokój z tymi waszymi formułkami. Tu jest życie. I materia fruwała w powietrzu, i słowa były wypowiadane wielokroć. To czego brakowało? Wiary. Ot, co. Świętość to jest bliskość Pana Boga, a nie wasz formalizm, który kiedyś, przypomnę, nazywał się faryzeizmem.

Wyprzedził nas i zostawił. Z oddali słyszymy tylko:

– Mądre to wszystko, sami mądrale.

– Zły, bo pości – kościelny podsumowuje krótko. – A swoją drogą, nie musiał mi zarzucać, że badyle i paprochy, jak zmieliłem na mąkę, to aż mu do nosa wleciało. Od faryzeuszy nas wyzwał. Tak będzie do Palmowej.

– Ale że co?

– Czepiał się będzie, a potem złagodnieje i przywyknie. Tak jest co roku, my tu zwyczajne. Wszystko jest: post, modlitwa, jałmużna, a u nas jeszcze humory proboszcza.

– Przesadza pan.

– Tak? W wojsku byłem na Wschodzie, a tam się mówiło: pożyją, uwidim.

– Czy ty żeś czego nie dosypał do tego popiołu?

Rozległ się nagle mocny głos proboszcza od furtki.

– O, zaczyna się. Ksiądz weźmie klucze, ja muszę do gminy.

I dzielny kościelny dał nogę. Dochodzenie trwało długo. Materii nie dało się pozyskać do badania, więc zostało zawieszone. Poza tym incydentem – normalnie. Jak co roku próbujemy polubić post, ale jednocześnie z niecierpliwością oczekujemy Zmartwychwstania. Ot i tyle.

2024-02-05 19:29

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Krawiec

– Kto się u mnie nie ubierał. Sama elita. Adwokaci, lekarze w kolejce stali. Rejent miejscowy protekcji szukał, żeby się do mnie dostać.

Ja jestem krawiec z powołania. O, kiedyś to był zawód szanowany. Mnie się na rynku kłaniali. Bo muszę księdzu powiedzieć, że ja nie każdego brałem. Nie można było sobie tak z ulicy wejść i obstalować, dajmy na to, garnitur. Ja, nie chwaląc się, byłem najlepszy – czy to w garniturach, czy w płaszczach. Była jeszcze jedna pracownia, ale nierówna, raz im wyszło, raz nie. Wszystko było na obstalunek, to jak się markę miało, kolejka była. Jak ja skroiłem, to mucha nie siada. Bo też materiały były odpowiednie. Wełna bielska, dajmy na to. Jak ja, proszę pana, garnitur odszyłem, to był szyk, lata służyło. Nie to co teraz. Tandeta. Ale też ja się zawodu uczyłem przez lata. U mistrza byłem w terminie...
CZYTAJ DALEJ

Założycielka Niepokalanek

Z osobą m. Marceliny Darowskiej zetknęłam się dwa lata temu, kiedy to zaczynałam pracę w gimnazjum. Tradycją panującą w szkole, gdzie uczę, było organizowanie dwa razy w roku spotkań rekolekcyjnych dla nauczycieli w Domu Sióstr Niepokalanek w Szymanowie. Zgromadzenie to założyła właśnie Matka Marcelina. Z wielkim zaciekawieniem obserwowałam pracę sióstr i ich uczennic. Każdy wyjazd do Szymanowa był dla mnie kolejnym cennym doświadczeniem. Po pewnym czasie bardziej zainteresowałam się osobą Matki Marceliny i postanowiłam o niej napisać. Zaczęłam wtedy czytać wszelkie publikacje na jej temat. Wydawało mi się początkowo, że nic interesującego w tych książkach nie znajdę. Bo cóż może być ciekawego w życiorysie siostry zakonnej? I tu pełne zaskoczenie. Jednym tchem przeczytałam polecone mi książki. Matka Marcelina okazała się być obdarzona niezwykle bogatą osobowością, a jej życie mogłoby posłużyć za temat filmu, który - nie mam co do tego żadnych wątpliwości - zainteresowałby niejednego współczesnego widza. Zanim Matka Marcelina została przełożoną Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek - była szczęśliwą matką i żoną. W jej życiu nie zabrakło też dramatycznych momentów. W wieku dwudziestu pięciu lat została wdową, a w niecały rok po śmierci męża straciła swego dwuletniego synka. To nie koniec jej cierpień. Musiała jeszcze walczyć o życie swojego drugiego dziecka - maleńkiej Karoliny, której lekarze nie dawali szans na przeżycie. Młoda wdowa przezwyciężyła wszelkie kłopoty. Dziecko wyzdrowiało, a jej gospodarstwo było przykładem dla okolicznych posiadłości. Przez cały ten czas trudnych doświadczeń ani razu nie zwątpiła w miłość Boga, ani razu nie zbuntowała się przeciwko Jego woli. Jakże niezwykle mocna musiała być jej wiara! Mało tego, nie mając żadnego doświadczenia zakonnego, a jedynie pragnienie służenia Bogu, odważyła się zostać przełożoną - założycielką nowo tworzonego Zgromadzenia, którego głównym zadaniem miało być wychowanie dzieci i młodzieży. Nie na życiorysie Matki Marceliny chciałabym jednak skupić swą uwagę, mimo że jest on naprawdę bardzo ciekawy. Zainteresowanych odsyłam do książek poświęconych bohaterce tego tekstu1. To, co najcenniejsze, to nauki Matki Marceliny, jej przemyślenia i refleksje, ujęte często w formę jakże trafnych i aktualnych do dziś sentencji. Znaleźć je można w wydanej w 1997 r. przez Siostry Niepokalanki książce zatytułowanej Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki Marceliny Darowskiej2. Wartości szczególnie ważne dla Matki Marceliny to przede wszystkim Bóg, miłość, rodzina, Ojczyzna, praca i to, czemu poświęciła całe swoje życie, czyli wychowywanie kolejnych młodych pokoleń. Wiele jest cennych wskazówek zawartych w słowach Matki Marceliny. Mnie, jako nauczycielkę, która dopiero zaczyna swoją pracę z młodzieżą, szczególnie zainteresowały te poświęcone wychowaniu. Pierwsze słowa, jakie przeczytałam, kiedy "na chybił trafił" otworzyłam książkę z myślami Matki Marceliny, brzmiały następująco: "Zadanie wielkie, praca kolosalna - z jednej strony łatwa, z drugiej bardzo trudna. Łatwa, bo serca dzieci to wosk, na którym wszystko łatwo się wyciska. Trudna, bo wosk wystawić na gorąco ognia lub słońca, a ślad jego cały się zgładzi. Dzieci przyjmują dobre i złe wrażenia, jedne zacierają drugie". Jakże trafnie oddają one pracę wychowawcy. Czytając te zdania, uświadomiłam sobie ogromną odpowiedzialność, jaką biorę za swoich wychowanków. To, co im przekażę, będzie miało wpływ na całe ich życie. I nie najważniejsza w tym momencie jest wiedza. Moim zadaniem, jako wychowawcy, jest pokazanie tym młodym ludziom właściwych wzorców zachowań. Jest to szczególnie ważne w dzisiejszych czasach, kiedy wciąż słyszymy o przypadkach, gdy młodzi ludzie zabijają swoich rówieśników, często nawet nie dostrzegając zła, które wyrządzili. Matka Marcelina cały czas miała świadomość odpowiedzialności za wychowanie młodych ludzi. Dlatego też tak wiele miejsca poświęciła sprawom rodziny, a w kształceniu dziewcząt ogromną wagę przywiązywała do przygotowania ich do roli matki i żony. Wierzyła bowiem, że to właśnie kobieta jest duchem rodziny, a od tego, jakie wartości przekażemy młodym ludziom, zależy odrodzenie całego społeczeństwa. Dziś również wiele miejsca podczas publicznych debat poświęca się sprawom rodziny. Mówi się o polityce prorodzinnej i o kryzysie rodziny. Może warto zatem sięgnąć po myśli Matki Marceliny. Znajdziemy tu oczywiste - wydawałoby się - prawdy, ale jak często przez nas zapominane. Polecam tę część nauk Matki Marceliny szczególnie dziewczętom, które zamierzają w niedługim czasie założyć własną rodzinę. Naprawdę znajdziecie tu wiele wskazówek pomocnych przy budowaniu własnego domu. Jak już wspominałam wcześniej - jestem młodą nauczycielką. Nie mam zatem bogatego doświadczenia pedagogicznego, wielu rzeczy muszę się jeszcze nauczyć. Wciąż borykam się z różnymi problemami wychowawczymi. Tak jak wielu młodych nauczycieli, staram się pogłębiać swoją wiedzę pedagogiczną, czytając chociażby różne publikacje poświęcone tym zagadnieniom. Panuje obecnie moda na nowoczesne, proponowane nam przez zachodnich autorów, sposoby wychowania. Ja jednak najważniejsze wskazówki pedagogiczne znalazłam w następujących słowach Matki Marceliny: " Rozwijać - nie wysilając, ubogacać - nie przeciążając, uczyć praktyczności - nie odzierając z poezji, hartować - nie zatwardzając, oczyszczać sumienie - nie dopuszczając skrupułów, uczyć miłości - bez czułostkowości, pobożności - bez dewoterii, zniżać się do dzieci w zabawach - nie zmalając siebie, aby następnie być w stanie wznieść dzieci do wysokości zadania". Oto - zdaniem Matki Marceliny - zadania nauczyciela. Mam nadzieję, że będę w stanie im sprostać. 1 Informacje na temat życia Matki Marceliny można znaleźć m.in. w następujących publikacjach: - Ewa Jabłońska-Deptuła, Zakorzeniać nadzieję. M. Marcelina Darowska o rodzinie i dla rodziny, Lublin 1996 - Marcelina Darowska - Niepokalański charyzmat wychowania, pod red. ks. Marka Chmielewskiego, Lublin 1996 - S. Grażyna (Jordan), Wychowanie to dzieło miłości, Szymanów 1997 2 Zawsze będę z Wami. Myśli i modlitwy błogosławionej Matki Marceliny Darowskiej, zebrały i opracowały s. M. Grażyna od Współpośrednictwa Matki Bożej, Anna Kosyra-Cieślak, Romana Szymczak, Szymanów 1977.
CZYTAJ DALEJ

Dlaczego piszemy C+M+B na drzwiach i okadzamy domy?

2026-01-05 19:56

[ TEMATY ]

święto Trzech Króli

Epifania

C+M+B

AI

Litery na drzwiach, zapach kadzidła i barwne orszaki, przechodzące ulicami miast i wiosek – tak w wielu miejscach w Polsce wygląda 6 stycznia. O znaczeniu kredy, kadzidła i napisu C+M+B w kontekście uroczystości Objawienia Pańskiego opowiada ks. dr Stanisław Szczepaniec, przewodniczący Archidiecezjalnej Komisji ds. Liturgii i Duszpasterstwa Liturgicznego i konsultor Komisji Konferencji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów.

Choć dziś najczęściej mówimy „Trzech Króli”, pierwotnie 6 stycznia Kościół wspominał trzy wydarzenia: pokłon Mędrców, chrzest Jezusa w Jordanie oraz cud w Kanie Galilejskiej. Wszystkie wskazywały na Jezusa jako na obiecanego Mesjasza.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję