Sędziwy kapłan, 86-letni ks. Władysław Kowalik, jest jednym z ostatnich żyjących świadków Majdanka. Jako 5-letnie dziecko trafił do niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady w ramach pacyfikacji Zamojszczyzny.
Łukowa
Reklama
Urodziłem się 27 października 1938 r. w Łukowej k. Biłgoraja. Wraz z dwiema siostrami i bratem wychowałem się w rolniczej, katolickiej rodzinie. Kiedy wybuchła II wojna światowa, byłem jeszcze bardzo mały, ale z najmłodszych lat pamiętam strach przed Niemcami. Nie wiedziałem, co dzieje się wokół, że toczą się walki z okupantem, że nieopodal nas działają liczne grupy partyzanckie, ale wiedziałem, że wszyscy się boją. Tuż przed pacyfikacją naszej wsi, co już dobrze pamiętam, starsza ode mnie o rok siostra złamała nogę. Gdy przyszedł dzień 3 lipca 1943 r., Niemcy okrążyli naszą niemałą, bo ciągnącą się przez 6 km, wioskę. Wygonili ludzi z domów, pozwalając im zabrać niewielkie węzełki na drogę i spędzili wszystkich pod kościół. Mama zabrała woreczek z kaszą gryczaną, a ojciec zapakował siostrę na mały, dwukołowy wózek od sąsiada, bo miała nogę w łubkach i nie mogła chodzić. Rodzice i nasza czwórka: 16-letnia i 6-letnia siostry oraz 11-letni brat i ja poszliśmy, jak wszyscy, na miejsce zbiórki. Wiedzieliśmy, że nas wywiozą, ale nikt nie wiedział, co go czeka. Przed kościołem zobaczyłem po raz pierwszy w życiu samochody ciężarowe. Pakowano nas na nie rodzinami. Mama usiadła z boku, trzymając na kolanach siostrę. Ja w pierwszej chwili ucieszyłem się, że będę jechał samochodem. Miałem tylko 5 lat. Jednak po chwili, gdy wokół wszyscy płakali, ta dziecięca radość zamieniła się w trwogę.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Majdanek
Niemiecka ciężarówka zawiozła nas na Majdanek. Ostatni etap pokonaliśmy pieszo. Rodzice przynieśli na rękach siostrę, by nie opóźniała marszu; pozostanie w tyle groziło srogim pobiciem przez poganiających nas Niemców. W tym transportowaniu chorej dziewczynki solidarnie pomagali sąsiedzi, z którymi dzieliliśmy nieznany los. Z wejścia do obozu pamiętam doskonale prysznic. Osobno przez niego przeszły kobiety i dzieci, osobno mężczyźni. Rozebrani, szliśmy pod spadającą na nas na przemian lodowatą i gorącą wodą, a właściwie biegliśmy, bo każdy chciał jak najszybciej się wydostać spod tego prysznica. Wciąż mam w uszach pisk i krzyk, który towarzyszył tej kąpieli. Następnie Niemcy zagonili nas na pole numer 5. Przez miesiąc, do 27 lipca, wraz z mnóstwem osób mieszkaliśmy w jednym z baraków. Ojciec codziennie wychodził do przymusowej pracy, a ja spędzałem czas przed barakami. Doskonale pamiętam piętrowe łóżka, które wypełniały jego wnętrze. Spałem z ojcem na drugim piętrze. Przy wejściu do baraku stała beczka na nieczystości; ojciec w nocy wiele razy mnie prowadził do niej, bo z powodu głodu i paskudnego jedzenia często bolał mnie brzuch. Dziś myślę sobie, że dla ojca było to dodatkowe utrudzenie, bo przecież całymi dniami ciężko pracował, a jeszcze nocą opiekował się mną.
Reklama
Codziennie rano dostawaliśmy czarną kawę i kawałek chleba, w południe zupę ugotowaną na plewach albo na chwastach. Plułem nimi, bo nie dało się tego jeść. Pamiętam, jak pewnego razu mama powiedziała mi, żebym podszedł do więźniów wydających posiłki i poprosił o chleb. Wyszedłem więc z masy ludzi siedzących na placu, podszedłem do kuchni polowej i składając rączki powiedziałem: „Dajcie mi jeść, dajcie mi chleba”. To musieli być dobrzy ludzie, bo poczęstowali mnie kromką chleba, taką przylepką. Mama podzieliła ten kawałek pomiędzy dzieci i powiedziała: „Powoli jedzcie, żeby wystarczyło wam na dłużej”. Z obozu pamiętam jeszcze jedną sytuację. Była tam kobieta, która po stracie dziecka dostała pomieszania zmysłów. Biegała rozczochrana po placu, z obłędem w oczach, krzyczała i łapała różne dzieci, szukając swojego. Mama później powiedziała, że Niemcy przy niej roztrzaskali główkę dziecka o ścianę. Po latach zrozumiałem, że rodzice w całym dramacie przeżywanej wojny musieli nas, dzieci, dobrze pilnować, żebyśmy się nie zgubili w wielotysięcznym tłumie Majdanka, żeby nic się nam nie stało. I Pan Bóg tak prowadził, że wszyscy przeżyliśmy wojnę i wróciliśmy do rodzinnego domu.
Niemcy
Reklama
Pod koniec lipca, po niespełna miesiącu na Majdanku, nasza rodzina została wysłana do Niemiec na przymusowe roboty. Zapakowano nas do bydlęcych wagonów i po dwóch dniach podróży dotarliśmy na miejsce. Pierwszy gospodarz, który był strasznym tyranem, zmuszał do ciężkiej pracy przy oporządzaniu zwierząt nawet mojego 11-letniego brata. Rodzice wychodzili rano w pole i wracali późnym wieczorem. Pamiętam z tego czasu, że wraz z siostrą musieliśmy szybko nauczyć się gotować ziemniaki. Godzinna przerwa na obiad nie wystarczała na przyjście rodziców do mieszkania, ugotowanie i spożycie posiłku oraz powrót w pole. Mama prosiła więc, żebyśmy z siostrą o określonej porze obierali i gotowali ziemniaki. Początki były trudne, bo najpierw obieraliśmy ziemniaki i kolejno dorzucali je do gotującej się wody, więc jedne były rozgotowane, inne zupełnie surowe. A mama cierpliwie nam tłumaczyła, jak je przygotować. Pół roku później, w styczniu 1944 r., zostaliśmy przeniesieni do innego gospodarstwa. Zajmowała się nim Niemka, której mąż był na froncie. Pamiętam, że była nam bardziej życzliwa, niż pierwszy gospodarz, chociaż na początku bardzo się jej bałem. Gdy starsi wychodzili do pracy, ja większość czasu spędzałem z siostrą w domu lub na podwórku. Nieopodal było przedszkole, do którego mogły chodzić polskie dzieci. Jednak mama nie pozwalała nam tam się bawić; powtarzała, że „Niemiec nie będzie germanizował jej dzieci”.
Łukowa
Reklama
Po wyzwoleniu wszyscy wróciliśmy w rodzinne strony. W niemieckim gospodarstwie był wóz, którym podróżowaliśmy przez miesiąc. Ojciec znalazł chorego konia z frontu, z odparzonym bokiem, którego wyleczył. Gdy tylko koń nadawał się do jazdy, ojciec popodkładał pod uprząż poduszeczki, żeby nie drażnić chorych miejsc i ruszyliśmy do domu. Pamiętam, że po drodze żołnierze często zatrzymywali nas do reperowania mostów i innych prac. Na noclegi robiliśmy postoje w opuszczonych gospodarstwach. Z jednego bardzo szybko uciekliśmy. Gdy już położyliśmy się do snu, usłyszeliśmy tupot na strychu. Nie wiedząc, kto tam jest, ojciec zarządził natychmiastowy wyjazd. Czasem zastanawiam się, czy to my baliśmy się kogoś ukrywającego się w tym domu, czy to on bardziej zląkł się niespodziewanych przybyszów. Ostatecznie do Łukowej przyjechaliśmy w połowie czerwca, na Zielone Świątki. Ku wielkiej radości nasz dom przetrwał wojnę; Niemcy po pacyfikacji nie spalili wioski, jak to zrobili z innymi miejscowościami. Gospodarstwa, podczas naszej nieobecności, doglądała dalsza rodzina, która uniknęła wywózki. Mogliśmy wrócić do normalnego życia. Ojciec miał już konia, do tego kupił krowę za pieniądze uzyskane ze sprzedaży przywiezionego z Niemiec roweru. Z tym też wiąże się ciekawa historia; rower przetrwał podróż tylko dlatego, że był rozebrany na części i poukrywany w bagażach. Starszy brat wracał z wojny swoim rowerem, ale najpierw rosyjscy żołnierze podmienili mu na gorszy, a ostatecznie zarekwirowali na potrzeby armii.
Post scriptum
Z czasów Majdanka i wywózki nie pamiętam wszystkiego, przecież byłem małym dzieckiem. Dziś żałuję, że po wojnie nie rozmawiało się z rodzicami na te tematy. Utkwiło mi w pamięci jedno zdarzenie. Pewnego razu mama robiła porządki na strychu i znalazła w starych walizkach nasze dokumenty z czasu wywózki i przymusowej pracy. Wszystko zniszczyła, powtarzając, że nie chce mieć z tym nic wspólnego. Kartę pobytu w Niemczech zachowała moja najstarsza siostra, dzięki czemu mogliśmy później udokumentować nasze losy. Z siostrą Marią wiąże się historia pięknej miłości. W czasie przymusowych robót poznała chłopaka wywiezionego z okolic Olsztyna. Ich przyjaźń i miłość, zrodzona w niewoli, przetrwała wojnę; w 1947 r. pobrali się w Łukowej i zamieszkali w rodzinnych stronach Franciszka.
Pan Bóg prowadzi człowieka różnymi drogami. W naszej rodzinie, mimo dramatycznych przeżyć, nigdy nie było jakichś pretensji do Boga czy bluźnierstwa. Zawsze towarzyszył nam duch pobożności, takiego zawierzenia. Moja mama była bardzo pobożną osobą, nauczyła nas codziennej modlitwy i ufności. Jako dziecko często chodziłem z nią do kościoła, mama siadała na krzesełku przy wejściu na ambonę, a ja obok, na schodkach. W sercu zawsze noszę jej słowa, wypowiedziane na początku mojej kapłańskiej drogi: „Wolałabym cię zobaczyć w trumnie, niż gdybyś rzucił kapłaństwo”. Wiem, że to także dzięki jej postawie i modlitwie nigdy nie żałowałem, że 63 lata temu zostałem księdzem.