Co tydzień uczestniczy w niedzielnej Mszy św., dba o regularną spowiedź, a także praktykuje nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. W ostatnim czasie podjęła modlitwę tzw. Tajemnicą szczęścia. Wierzy, że to właśnie dzięki niej Pan Bóg kilkukrotnie uchronił ją od utraty życia.
Siła modlitwy
Reklama
Elżbieta wzrastała w rodzinie, w której na co dzień była obecna żywa wiara. Rodzice dbali o wychowanie religijne jej oraz rodzeństwa. Jednak głębsze zwrócenie się ku Panu Bogu nastąpiło w momencie, kiedy została opuszczona przez męża. – Będąc na pielgrzymce w Częstochowie na Jasnej Górze, modliłam się o uratowanie rodziny, małżeństwa, ale na drugi dzień po powrocie mój mąż się wyprowadził. Zostałam z dwójką dzieci, bez pracy, właściwie bez środków do życia – wyznała kobieta. By nie popaść w rozpacz, jeszcze bardziej zwróciła się ku modlitwie, w której odnalazła otuchę i nadzieję. – Zaczęłam spędzać nieraz po dwie godziny na modlitwie. Modliłam się do Pana Boga i Matki Bożej. W tym czasie odnajdywałam wzmocnienie i pociechę. Od tego momentu zaczęliśmy słuchać Apelu Jasnogórskiego, każdego dnia. Jeśli miałam możliwość, to jeździłam na nabożeństwa Odnowy w Duchu Świętym, to mi też bardzo dużo dawało. Od tamtej pory, cały czas, staram się przeżywać swoje życie jak najbliżej Boga. Staram się dostrzegać Jego łaskę i pomoc w najdrobniejszych rzeczach, a muszę przyznać, że otrzymaliśmy jej bardzo dużo. Dzięki temu nie poddałam się, choć było bardzo ciężko.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
Wierność Bogu
Po opuszczeniu przez męża Elżbieta nie ułożyła sobie życia z innym mężczyzną. Dziś, w dobie plagi rozwodów, to bardzo potrzebne świadectwo. – Miałam świadomość, że są dzieci, za które jestem odpowiedzialna, i muszę je wychować. Na pomoc ich ojca nie mogłam liczyć w żadnym aspekcie. Głównym moim celem było to, żeby dzieci jak najmniej odczuły jego nieobecność i sytuację z tym związaną – wyznaje. – Poza tym jestem osobą wierzącą. Trwam w sakramencie, a fakt, że zostawił mnie mąż, to i tak cały czas w oczach Pana Boga jesteśmy małżeństwem. Na pewno nie chciałam żyć w grzechu, a w takim stanie żyłabym, gdybym się z kimś związała. Dalej jestem żoną mojego męża, a on jest moim mężem, chociaż między nami nie ma żadnych relacji, on żyje po swojemu. A ja, choć jestem sama, mam przede wszystkim pomoc Pana Boga. Bo patrząc z perspektywy czasu, gdyby nie Jego pomoc, to nie wiem, jakby to wszystko się potoczyło. Wierności Bogu nie zamieniłabym na żadne ludzkie związki. Boża opieka i pomoc były i są dla mnie najważniejsze. Zaufałam Bogu, a On daje mi odczuć, że chroni mnie przed złem – podkreśla Elżbieta.
Jechało na czołówkę
Reklama
Dziś kobieta, mimo wielu życiowych i zdrowotnych trudności, trwa wiernie przy Bogu. We Mszy św. uczestniczy nie tylko w niedziele i święta, ale również w tygodniu. Czuje taką potrzebę, a Eucharystia daje jej ogromną siłę, by dalej kroczyć przez życie. – Dwa lata temu słuchałam rozważań Męki Pańskiej według bł. Anny Katarzyny Emmerich. To było dla mnie bardzo głębokie doświadczenie. Słuchając tych rozważań, przeżywałam takie momenty, w których czułam, jakbym też tam była, jakbym była świadkiem Męki Jezusa. To było dla mnie tak bardzo realistyczne – wyznaje kobieta. – W ubiegłym roku, rozważając 24 Godziny Męki Pańskiej, trafiłam na tzw. Tajemnicę szczęścia. Odmawiam ją już ponad pół roku. Podczas jej odmawiania, latem ubiegłego roku, będąc na przejażdżce rowerem, cudem uniknęłam potrącenia przez samochód. Auto jechało na mnie, na czołówkę. Mogłam stracić życie. Już wtedy było dla mnie bardzo wyraźne to, że Pan Bóg mnie uchronił, bo jedną z obietnic Pana Jezusa, dotyczących Tajemnicy szczęścia, jest, że Pan Bóg zachowa przed przedwczesną śmiercią osobę, która będzie tę modlitwę odmawiała. I tu miałam tę świadomość – zauważa Elżbieta.
Dwa psy
Kolejne sytuacje, których doświadczyła, były na tyle mocne, że do dziś pozostawiły ślady na jej psychice. Po raz kolejny, na przejażdżce rowerowej, została prawie zaatakowana przez dwa rasowe psy. – Widziałam, że w moją stronę biegną dwa duże rasowe psy. Miałam świadomość sytuacji z jesieni ubiegłego roku, gdy psy w Polsce zagryzyły człowieka. A tu, znalazłam się sama, na odludziu i w sytuacji podobnego zagrożenia. Widząc je, zaczęłam się modlić. Odczuwałam pewien niepokój, ale Pan Bóg uchronił mnie od paniki. Czułam się tak, jakby mi Ktoś mówił, że wszystko będzie dobrze, choć jeden z psów próbował mnie atakować – opowiada kobieta. – Cały czas się modliłam. Okrążyły mnie, najpierw jeden, potem drugi raz, a później pobiegły w las. Pan Bóg je ode mnie zabrał. Jestem głęboko o tym przekonana. To było bardzo silne przeżycie. Mam tę świadomość, że Pan Bóg mnie uratował, bo mogłam zginąć. Poza Nim nie mogłam liczyć na żadną pomoc, bo nikogo nie było, nikt by mi jej nie udzielił – dodaje.
Pędzący samochód
Reklama
Elżbieta praktykuje także nabożeństwo dziewięciu pierwszych piątków miesiąca. W pierwszy piątek stycznia wybrała się do spowiedzi i na Euchatrystię. Nie przypuszczała, że Pan Bóg po raz kolejny ocali jej życie. – Celem mojej podróży było uczestniczenie we Mszy św. w pierwszy piątek miesiąca. Wysiadłam z autobusu, a po chwili znalazłam się na przejściu dla pieszych. Minęłam autobus, minęłam samochód. Czułam się bezpieczna, bo byłam na przejściu, gdzie była sygnalizacja. Miałam zielone światło. Idąc dalej, odwróciłam głowę i zobaczyłam pędzący na mnie samochód. Nie jechał powoli, nie zwalniał, nie hamował – pędził na mnie – opowiada kobieta. – Ocaliło mnie to, że się popatrzyłam, odwróciłam i tylko odchyliłam, bo nie byłam w stanie się wycofać. To była chwila. To był szok. Samochód uderzył w moją torbę, którą miałam na ramieniu, i poczułam jak maska otarła się o moją kurtkę. Dla mnie to był kolejny cud, bo Pan Bóg mnie po raz kolejny z tak wielkiego niebezpieczeństwa uratował. Nie chciałam karetki, bo kierowca autobusu mi ją zaproponował, ale poszłam do kościoła, żeby podziękować. Po tych wszystkich sytuacjach mam jedno spostrzeżenie: gdy trwa się w wierze i na modlitwie, trzeba mieć świadomość ataków złego ducha, na co dzień, który może doprowadzić wręcz do sytuacji zagrożenia życia. Jedyny ratunek to: modlitwa, sakrament pokuty i Eucharystia – innej drogi nie ma! Ile czasu mi pozostało? Bóg jeden wie. Mam tylko do Niego jedną prośbę: żeby ten czas błogosławił!
Praktyka Piętnastu Modlitw, ze względu na błogosławione skutki w życiu całych rzesz ludzi na przestrzeni wieków, nosi nazwę „Tajemnica szczęścia”. Ta szczególna forma nawiązywania kontaktu z Bogiem jest darem nieba. Boski Zbawiciel posłużył się św. Brygidą Szwedzką, aby go przekazać osobom otwartym na wezwanie łaski. Według biografów, fakt objawienia miał miejsce na terenie stolicy chrześcijaństwa w Rzymie, kiedy Brygida nawiedziła słynną Bazylikę św. Pawła za Murami. Święta głęboko przeżyła to wyróżnienie i związała się jeszcze mocniej z Chrystusem nadprzyrodzoną miłością, gotowa wypełniać Jego wolę przez życie i śmierć. Z relacji świętej wynika, że należy codziennie podjąć to religijne ćwiczenie, odmówić łącznie w ciągu roku tyle modlitw wraz z Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo, ile nasz Zbawiciel otrzymał ciosów podczas swojej bolesnej Męki. Z biografii św. Brygidy dowiadujemy się nadto, że Pan Jezus do objawionych modlitw dodał wspaniałe obietnice na korzyść tych, którzy je będą odmawiać z wiarą i pobożnością. Chodziło o zwrócenie uwagi na Bożą miłość, która używając ludzkiego sposobu motywowania, chce udzielać się obficie, stopniowo oczyszczać człowieka z przyziemnej interesowności i w końcowym rezultacie prowadzić go do prawdziwego, niemającego granic szczęścia.
Więcej na tajemnica-szczescia.pl
