Reklama

Umarli uczą spokoju

Tutaj jest cisza, spokój. Umarli uczą spokoju. Najgorzej w tej pracy jest z żywymi - mówi Ireneusz Migdał, który od osiemnastu lat pracuje w prosektorium

Niedziela Ogólnopolska 43/2007, str. 16-17

Ireneusz Migdał już 18 lat pracuje w prosektorium. - To mi daje pokój wewnętrzny - mówi
Sławomir Sajkowski

Ireneusz Migdał już 18 lat pracuje w prosektorium. - To mi daje pokój wewnętrzny - mówi<br>Sławomir Sajkowski

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Jest już po walce. Czas stoi w miejscu. - Muszę teraz zrobić wszystko, by zmarły wyglądał, jakby na moment zasnął. Zmarły nie powinien przerażać rodziny. Ma być tak przygotowany, by wnosić spokój. By jego wygląd w trumnie koił zrozpaczonych. To najświętsza zasada mojego zawodu - twierdzi Ireneusz Migdał z Gorzowa Wielkopolskiego.

Dzień jak co dzień

Reklama

Ma czterdzieści lat, duże, szerokie brwi i spokojne, skupione oczy, ubrany jest w sportową kurtkę i czapkę z daszkiem. Uśmiecha się przyjaźnie. Jak co rano, pewnym, szybkim krokiem idzie do pracy w prosektorium.
Pierwsza czynność: przebiera się w zielony fartuch. Potem zakłada białe chodaki, na ręce - białe rękawiczki. Idzie do chłodni, sprawdza, kogo od wczoraj dowieziono, i wpisuje do ewidencji. Potem jest tzw. odprawa. Trzeba ustalić, na który dzień i godzinę naszykować każdego zmarłego.
Teraz już może przystąpić do pracy.
Wyciąga z chłodni pierwsze ciało. Na żelaznym łóżku wiezie je na środek dużego, przestronnego pomieszczenia. Po chwili bierze dzbanek i wstawia wodę na kawę. W międzyczasie zdejmuje zmarłemu ubranie, w którym tutaj trafił. W kieszeni spodni znajduje kartkę od rodziny: „Jak będzie za ciasny kołnierzyk - rozpiąć. Podłożyć coś pod poduszkę, żeby głowa była wyżej. Włosy nie mają być płasko, tylko podtapirowane, do góry”. Ogląda kartkę. Pije kawę, wyciąga kanapkę. Je śniadanie. - To nie jest znieczulica - zapewnia.
Teraz musi zmarłego umyć. Najlepiej w dzień pogrzebu, żeby ciało było świeże. Z góry puszcza więc na nie prysznic. Namydla, by się pieniło. Potem, jeszcze mokre, przykrywa ręcznikiem. Czesze, goli, obcina paznokcie. Zamyka zmarłemu oczy, tak, by się nie otwierały. Jeśli trzeba przesunąć datę pogrzebu - całe ciało balsamuje. Wstrzykuje płyny chemiczne, by przywrócić naturalny wygląd, lekko zaróżowić skórę, pokryć zsinienia. A na koniec - ubiera zmarłego. - Nigdy nie rozcinam ubrania - mówi. Nie umie zakładać podartych ubrań. Wreszcie składa zmarłemu ręce, oplata je różańcem. Może już go pokazać rodzinie. Ale tak naprawdę dopiero teraz zaczyna się horror. - Bo najgorzej jest w tej pracy z żywymi - podkreśla. - Jest tyle reakcji na śmierć, ilu jest ludzi. Jedni płaczą, inni zaczynają lamentować nad zmarłym, są tacy, którzy rzucają się na podłogę albo… śmieją się - opowiada. - Ludzie nie wiedzą, że umarły potrzebuje spokoju.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Niczego nie weźmie się ze sobą

Reklama

Wielu zmarłych Ireneusz Migdał zna z opowiadań. Bo zdarza się, że rodzina, przynosząc do prosektorium ubranie czy ustalając jakieś szczegóły, przywołuje historię czyjegoś życia. - Ostatnio przygotowywałem do pogrzebu mężczyznę, który miał jeszcze plany, do czegoś dążył, walczył, zabiegał o karierę, pieniądze i nie miał czasu dla bliskich. Zaczął chorować i nagle odkrył, że jest śmiertelny. Takich historii jest wiele. Szczególnie jeżeli ktoś umiera nagle. Miał wszystko i umarł. Skandal - myśli rodzina. Ktoś nas oszukał - złorzeczą. Nie tak miało przecież być. Dlatego ja tak muszę przygotowywać tych zmarłych, by wyglądali jak żywi. Bo ludzie nawet w czasie pogrzebu nie chcą myśleć o śmierci, tak bardzo się jej boją. Ona ich paraliżuje, odbiera sens, by czuć się młodym, bogatym. A to przecież nie ma znaczenia. Niczego nie weźmie się ze sobą. Ludzie o tym nie pamiętają.
Migdał nauczył się, że śmierć trzeba po prostu zaakceptować. Ona jest przecież wpisana w życie. Jest z nami w życiu. - Zwłaszcza jeżeli się wierzy w Boga, ona ma sens. Wiara uczy nas przecież, że życie ma dalszy ciąg. Że tylko się zmienia, nie kończy - mówi. - Akceptując śmierć, łatwiej „przestawić” całe życie, przewartościować.
Czy lubi swą pracę? - pytam. - Lubię, to mało powiedziane. Nie wyobrażam sobie innej, choć mam kilka zawodów - mówi. Nie ukrywa, że są w niej i trudne chwile. - Kiedy ubieram dzieci. I kiedy patrzę na tragedię rodziców.
Do dziś pamięta, że mama kilkuletniego synka, który leżał w trumnie, dostała ataku padaczki. Musiał ją wynieść z prosektorium. Także gdy ktoś ginie tragicznie, np. w wypadku samochodowym, przychodzą refleksje nad życiem. - Zaczynam się zastanawiać, że jutro ja mogę tu leżeć tak jak ten człowiek - mówi pan Ireneusz. Podobnie myśli, gdy ubiera kogoś w swoim wieku. - Wtedy sobie obiecuję, że nie będę „gonić” życia, gonić za pieniędzmi, za tym co nietrwałe i kruche. Ale mam krótką pamięć. Wychodzę z kostnicy i zapominam… Cały świat przekonuje przecież, że śmierć nas nie dotyczy. Reklamy pokazują, że jak wypiję jogurt albo zjem płatki kukurydziane, to będę żył tutaj wiecznie. Słucham tego wszystkiego i - na szczęście - następnego dnia znów przychodzę do kostnicy…

Teologia i powołanie

Ireneusz Migdał wychowywał się w religijnej rodzinie. Całkiem zwyczajnej, jak twierdzi. Ukończył technikum budowlane. To była przeszkoda, by mógł dostać się na polonistykę. Musiał iść do wojska. - Potem świat dla mnie się skończył - wspomina. Bo umarł jego ojciec. - Zobaczyłem go przez chwilę w chłodni. Tu, gdzie dziś pracuję. Leżał ubrany, miał sine palce i uszy. Z mojego taty nic już tam nie było. Był obcy. Nawet w „obcym” garniturze, którego nigdy nie nosił, bo wolał dżinsy i swetry.
Od tamtej pory Migdał zaczął poważnie myśleć o przyszłości, o tym, co dalej ma robić w życiu. Zainteresował się eschatologią, czyli nauką o rzeczach ostatecznych. I zaczął studiować teologię. Zaocznie.
W dzień pracował. Palił w piecu w szpitalnej kotłowni. Pewnego dnia zwolniło się miejsce w prosektorium. Potrzebny był nowy pracownik. I Migdał się zgłosił. - Dziś wiem, że to moje powołanie - zapewnia.
Do dziś pamięta chłód, kiedy po raz pierwszy dotknął zmarłego. - Kobieta, która uczyła mnie fachu, ostrzegała: zawsze będziesz czuł chłód umarłego. Ale przecież ktoś musi to robić. Może inni nie chcą o tym wiedzieć, ale zmarłych ktoś musi ubrać.
Nie pamięta, kiedy przestał się bać. - Wiedziałem, że muszę się zajmować zmarłymi. No i że będę w tym dobry - powtarza.
Od tamtej pory każda czynność wykonana przy zmarłym: mycie, ubieranie, czesanie, była formą zadośćuczynienia za tatę. - Traktuję zmarłych tak, jak bym chciał, żeby tamci ludzie potraktowali mojego ojca. Zmarli do końca są ludźmi, choć ich dusza jest już gdzie indziej. Ale ciału należy się szacunek. Ono jest przecież świątynią Ducha Świętego. Dlatego z ciała zmarłego nigdy nie żartuję. Wierzę, że kiedy kogoś szykuję, ten ktoś jest ze mną, patrzy na mnie i wie, co robię.
Pracę magisterską napisał o śmierci w Nowym Testamencie.
- Dlaczego? - pytam. - Bo chciałem ją poznać.
I poznał. - Przekonałem się, że słowo „śmierć” - greckie „thanatos” - zwłaszcza w Ewangeliach i Dziejach Apostolskich kilkadziesiąt razy zostało użyte w znaczeniu duchowym. „Zmarły” - czyli oporny na Słowo Boże, a więc ten, kto odrzuca zbawienie. Ci natomiast, którzy fizycznie są martwi, tak naprawdę żyją i czekają na zmartwychwstanie. Teologia dała mi zatem poczucie bezpieczeństwa, przywróciła wewnętrzny spokój. No i zaczęła mi pomagać w pracy.

Spokój, który zaczął uwodzić

Dużo ciał widział. Nie może jednak powiedzieć, że jest oswojony ze śmiercią. - Nie jesteśmy przygotowani na śmierć. Ja też nie - mówi Migdał. - Po pracy muszę zapominać o śmierci. Choćby po to, żeby przytulić własne dzieci.
Od kiedy pracuje z umarłymi, bardzo się zmienił, wyciszył. Nie przeszkadza mu już fetor rozkładających się ciał ani chłód. - Nie mam koszmarów, nie boję się, że jakiś zmarły nagle wstanie albo chwyci mnie za rękę. Tak jest tylko w horrorach. W rzeczywistości natomiast umarli uczą spokoju. Ich spokój, ich twarze są dla mnie ukojeniem. I ten spokój, który mam od nich, mogę przekazywać dalej.
Ten spokój zaczął go, jak sam mówi, „uwodzić”. - Tam, za drzwiami jest głośno, żywi nie wiedzą, co robić, gonią za czymś, zawsze im coś ucieka. A ja jestem spokojny.
Ze spokojem pan Ireneusz przeżywa też pierwsze dni listopada. - Kiedy odwiedzam cmentarz we Wszystkich Świętych, czuję się dobrze. To dla mnie bardzo „swojski” dzień - mówi. A kiedy mija groby ludzi, których przygotowywał na drogę do nieba, przypomina sobie ich twarze. I modli się za nich. Raz w roku natomiast zamawia Msze św. za tych „swoich” zmarłych, którzy nie mieli rodzin i za których pewnie nikt się nie modli.
Jest pewien, że kiedyś będzie mógł spojrzeć „swoim umarłym” w oczy. - Mam nadzieję, że kiedyś spotkam tych wszystkich ludzi po drugiej stronie - mówi. I wraca do swojej pracy.

W artykule wykorzystano również materiały z filmu pt. „Balsamista”, reżyseria i scenariusz Ewa Świecińska, montaż Ewa Różewicz, produkcja TVP, Program 2, 2001 r.

2007-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Jarosław: atak nożownika miał miejsce przed Mszą św., ks. Stanisław zmarł w szpitalu

2026-09-24 13:12

[ TEMATY ]

opactwo

atak nożownika

Diecezja Przemyska

Atak nożownika miał miejsce przed Mszą św., która miała być sprawowana w kościele rektoralnym św. Mikołaja i św. Stanisława Biskupa przy Ośrodku Formacji i Kultury Chrześcijańskiej. Ośrodek znajduje się na terenie Opactwa Benedyktynek w Jarosławiu - precyzuje w rozmowie z KAI s. Barbara Dendor OSB, przełożona jarosławskiej wspólnoty benedyktynek. Jeden z zaatakowanych duchownych - ks. Stanisław - zmarł w szpitalu.

- Wszystko wydarzyło się przed Mszą św., która miała być sprawowana w działającym przy ośrodku kościele rektoralnym pw. św. Mikołaja i św. Stanisława Biskupa - relacjonuje w rozmowie z KAI s. Barbara Dendor OSB. Na teren kościoła miał wtargnąć napastnik z 80 cm nożem. - Rozpoczął bójkę z jednym z kapłanów, którego ugodził - opowiada s. Dendor. - Zaatakowane zostały też kolejne osoby, w tym, ks. Stanisław, który zmarł w szpitalu. Jeden z kapłanów, ks. Marek, wyszedł z konfesjonału, próbując zaradzić sytuacji. Został również zaatakowany i przebywa w szpitalu stanie ciężkim.
CZYTAJ DALEJ

Francja: świat żyje w ciemności, stąd tyle światła z małej iskry

2026-09-24 18:54

[ TEMATY ]

Francja

Notre‑Dame

Papież Leon XIV

iskra nadziei

@Vatican Media

Katedra Notre Dame w Paryżu

Katedra Notre Dame w Paryżu

Dzisiejsze odrodzenie wiary we Francji to iskra, która jasno świeci, bo nasz świat jest pogrążony w ciemności – mówi Vatican News rektor katedry Notre-Dame, który jutro w murach tej odbudowanej po pożarze świątyni będzie podejmował Leona XIV. Podkreśla, że Francja jest krajem misyjnym, lecz chrześcijanie wiedzą, że ich wiara to skarb, którym nigdy nie przestaną się dzielić.

Ks. Olivier Ribadeau Dumas zastrzega, że chrześcijaństwo nigdy nie miało we Francji ani w żadnym innym kraju złotej ery. Dziś rzeczywiście mamy do czynienia z odrodzeniem wiary. Jest ono niczym iskra, która jasno świeci, bo nasz świat jest pogrążony w ciemnościach. Katolicy z radością świadczą o swej wierze, bo wiedzą, że ludzie tego naprawdę potrzebują, szukają punktów odniesienia w swoim życiu, chcą w istocie by miłość, którą głosi Chrystus stała się fundamentem ich życia.
CZYTAJ DALEJ

Peregrynacja Ołdrzychowice Kłodzkie. Wziąć Maryję do siebie

2026-09-26 19:47

[ TEMATY ]

bp Ignacy Dec

Ołdrzychowice Kłodzkie

ks. Stefan Łobodziński

Peregrynacja Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej

ks. Andrzej Adamiak

Wierni i kapłani powitali Świętą Ikonę Nawiedzenia Matki Bożej Częstochowskiej przed kościołem pw. św. Jana Chrzciciela w Ołdrzychowicach Kłodzkich. W uroczystości uczestniczył bp senior Ignacy Dec.

Wierni i kapłani powitali Świętą Ikonę Nawiedzenia Matki Bożej Częstochowskiej przed kościołem pw. św. Jana Chrzciciela w Ołdrzychowicach Kłodzkich. W uroczystości uczestniczył bp senior Ignacy Dec.

W piątek 25 września parafia św. Jana Chrzciciela w Ołdrzychowicach Kłodzkich przeżywała nawiedzenie Matki Bożej w znaku jasnogórskiej Ikony. Eucharystii przewodniczył bp senior Ignacy Dec. W modlitwie uczestniczyli kapłani z dekanatu lądeckiego oraz 96-letni ks. prał. Stanisław Franczak – najstarszy kapłan diecezji, który przez około 40 lat był proboszczem tej parafii.

Nawiedzenie rozpoczęło się nabożeństwem oczekiwania, po którym wierni powitali Maryję w świątyni. Centralnym punktem uroczystości była Eucharystia. Bp Dec podkreślił, że to podczas niej Chrystus uobecnia swoją ofiarę, a zgromadzeni mogą powierzyć Bogu codzienne troski, radości i nadzieje.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję